AKTUALIZACJA

Prawdopodobnie nikt tu nie wchodzi poza mną raz na miesiąc i jakimś zbłąkanym wędrowcem, ale chce powiedzieć, że cała lista odcinków WRÓCIŁA. Można czytać to opowiadanie jeżeli ktoś zapragnie do woli, za moją całkowitą zgodą.

Czasem jeszcze tęsknię.

piątek, 18 grudnia 2015

28. Dotknij sercem szorstkich stron naszej historii - zamknięto tam ciebie, mnie i naszą nieskończoność - część II

Z dedykacją dla A. & R.

17. października 2006r., Minneapolis, Minnesota, The Myth, WELCOME TO THE UNIVERSE TOUR.

- Jak nazywa się ta piosenka, którą śpiewałeś?
- Nie wiem.
- No jak nie wiesz? Szło to jakoś tak: nananana NANANa NananaNANA Nanana!
- Naprawdę nie mam pojęcia.
- No jak to?! Jay, śpiewałeś ją.
- To nie oznacza, że znam jej tytuł - podniósł odrobinę głos, czując jak wzrasta w nim poziom irytacji. – Tomo, wpisz w Google, powinno ci wyskoczyć.
- No dobra – odburknął mu, wyjmując telefon i wgapiając się w niego. Nie zwracał uwagi na Jareda, który dłonią podpierał głowę i wpatrywał się przez szybę tourbusa na mijane krajobrazy. – Dzisiaj dam ci wycisk.
- Wycisk? – zagadnął Matt, przysiadając się i patrząc przez ramię Tomo, jak coś klika na telefonie. – Chyba w tej durnej gierce co masz na telefonie.
- Uczepiliście się mnie, ona jest naprawdę fajna – mruknął Tomo, nie odwracając ani na moment oczu od telefonu. Jak wpatrywał się w niego, tak robił to nawet, jak Matt zaczął coś kłaść na stole. – Co robisz?
- Shannon się zakochał.
- Skąd wiesz? – spytał Matt, patrząc na Jareda, który wyglądał dalej przez okno. Szklanki zabrzęczały, kiedy postawił je na stole. – Jared, już piłeś?
- No nie, mówił coś przez sen.
- A mi się wydaje, że ktoś tu ma złamane serce – Tomo w końcu na nich spojrzał, jak Matt patrzył to na Jareda, to na butelkę, którą trzymał w dłoni. – Słuchasz jakiś smętów, widziałem twoją playlistę.
- Ciekawe gdzie, nie dziele się moją playlistą ze światem.
- ‘Wish you were here’, ‘The Reason’, ‘Here without you’, ‘Behind blue eyes’ i coś tam jeszcze, zostawiłeś iPoda na łóżku – uśmiechnął się do niego Tomo, pokazując wszystkie zęby. – Może przerzuć się na Britney?
- Daj mi spokój, nie będę słuchać żadnej Britney.
- Ona też ma smutne piosenki, polecam ‘Everytime’.
- Daj mi spokój!
- No ej!
- Skończcie no! – Matt przerwał im, nie chcąc, żeby zaraz zaczęli się kłócić. Jared prychnął pod nosem, ignorując ich obu. Potem wstał tak, że szklanki, które Matt poustawiał na stole prawie by się poprzewracały, ale nawet nie zważając na to, wyminął ich i skierował się do swojego prowizorycznego łóżka.
- No i masz, obraził się na mnie – usłyszał głos Tomo, a potem przykrywając się aż po czubek głowy, próbował zasnąć.
Tym razem nie był pewien, czy rozpoczęcie ich drugiej trasy może nazwać czymś, na co czekał. Gdzieś w głębi siebie był szczęśliwy, że w końcu całe to szaleństwo związane z trasą się zaczęło, ale jego myśli nie były tam, gdzie być powinny. W normalnym dniu, gdyby był w Los Angeles pewnie nie ruszałby się z łóżka, ale dziś musiał wyjść po tak długim okresie na scenę. I nie wiedział od czego powinien zacząć. Czy śpiewać tak jak zawsze, czy może dać się ponieść temu wszystkiemu, co miał w sobie. Wyrzucić to i poczuć się lepiej, choć na chwilę. Nie mógł być takim masochistą, nie mógł też robić wszystkiego na opak, bo to nie o to chodziło. Powinien pokazać, że choć źle się z tym czuje, nie traci siły i nie chce pokazać, jak bardzo jest złamany.
The Myth, najpierw zostało rozgrzane przed Head Automatice, która zagrała całkiem niezły support, a potem to oni mieli wyjść na scenę. Pokazać się po kilku miesiącach milczenia i domniemanych plotek, i wszystkich artykułów, że nie wrócą już nigdy na scenę. Tak się nie stało.
Jared wyszedł tak jak zawsze, tym razem cały na czarno, trzymając w prawej dłoni mikrofon, a na ramieniu mając przewieszoną swoją też czarną gitarę. Shannon krzywo patrzył, jak powiedział od czego dziś zaczną. Nigdy ich setlista nie zaczynała się od tej piosenki, w zasadzie grali ją gdzieś pod koniec i to już jako jeden z wolniejszych kawałków. Teraz uparł się, że musi być jako pierwsza. ‘Was it a dream’ nie było piosenką, która miała porwać tłumy, ale na ostatniej trasie zaśpiewał ją zaledwie kilka razy. Wtedy miał też trochę inny humor, trochę inaczej wszystko się toczyło i układanie setlisty wyglądało też całkowicie inaczej.
- Was it a dream? – śpiewał, patrząc na ludzi stojących przy samej scenie. Machali do niego, a on opuścił wzrok. - Was it a dream? – patrzył się na swoją dłoń, jak pociąga za struny gitary. - Is this the only evidence that proves it? – słyszał, że ludzie śpiewają razem z nim, ale robił dalej swoje. Nie mógł teraz przestać myśleć o tym, że ta piosenka przypomina mu to zdjęcie, które dał jej kiedyś na urodziny.  - A photograph of you and I – mógł tak śpiewać bez końca, czując jak włosy wpadają mu do oczu. Jak teraz już nie całe czarne, tylko czarno czerwone, przyklejają się do jego skóry. Musiał skrzętnie iść do przodu, mimo to, że czuł się tak złamany. Nie mógł teraz dać sobie taryfy ulgowej, bo już wiedział, że muzyka była z nim na samym początku; to przez nią i dzięki niej znalazł się właśnie tutaj i już był pewny jak nigdy przedtem, że ta sama muzyka, którą ma w swoich żyłach, będzie z nim i przy końcu. Zostanie z nim na zawsze.

25. października 2006r., Manhattan, Nowy Jork.

Powiedz, że mnie kochasz ten jeden raz. I, że to nie jest pożegnanie. Trzymał w dłoniach teczkę, w której miał podpisane wszystkie papiery. Shannon nie pozwolił mu ich wyrzucić za każdym razem, kiedy chciał to zrobić i tak samo nie pozwalał mu ich podrzeć, gdy zbyt długo trzymał je w dłoniach. A teraz, wysiadając z jednej z taksówek i naciągając na oczy czarny kapelusz, szedł prosto przed siebie, w kierunku miejsca, gdzie miał się z nią spotkać. Nie wiedział czy to adres jej mieszkania czy jakiegoś hotelu. Było mu już wszystko jedno. Nie wiedział jak ma ją zatrzymać, co ma zrobić i jak, żeby wróciła, więc postanowił już niczego nie utrudniać. Jeżeli miała być szczęśliwa bez niego, to zrobi to, podpisze te papiery i da jej spokój.
I zrobił. Jared podpisał każdą z kartek swoim imieniem i nazwiskiem, czując coś na kształt tego, że wydaje na to wszystko pozwolenie, bez żadnej walki. Ale on wiedział już, że nawet jakby ją błagał, prosił na kolanach i chciał zrobić cokolwiek, każda z tych rzeczy była na nic. Przecież ona już zdecydowała i on tak samo, też podjął decyzje. Mimo, że sprzeczną z nim samym.
Poprawił kołnierz czarnego płaszcza, chowając pod niego czerwone końce włosów. Tak jak nie chciał się wyróżniać w pewnych sytuacjach, tak zawsze wychodziło mu to na odwrót.
Zobaczył go tylko raz, przez chwilę. Najpierw nie wiedział co się dzieje, coś było nie tak. Zachowywał się zbyt nerwowo. Miał na sobie dżinsową kurtkę, włosy w kompletnym nieładzie. I żuł zbyt ostentacyjnie gumę. Potem myślał, że to nieprawda, że nikt nie mógł go rozpoznać, aż w końcu przed samymi oczami błysnął pierwszy flesz. Paparazzi go dopadli, gdy wchodził pod schody, chowając się w klatce i dziękując losowi, że dopiero stało się to tutaj. Za dwa dni, dwudziestego siódmego października miał być tu koncert, owszem, Roseland Ballroom, ponownie miało ich przywitać tysiącem barw, ale nie dziś. Reszta zespołu została w hotelu, a Jared siłą rzeczy musiał przedrzeć się na East Village.
Zapukał. Najpierw dwa razy, potem trzy, czekając aż drzwi przed jego nosem się otworzą. Nie wiedział co powiedzieć, nie widział jej cztery miesiące, a teraz nie przychodzi do niej po to, żeby zostać z nią, tylko od niej odejść. Odetchnął, słysząc zbliżające się kroki. Drzwi uchyliły się i pierwsze co, to zobaczył jej uśmiech, a potem kota, którego trzymała na rękach. Była taka piękna dla niego, Boże dlaczego był takim idiotą?
- Wejdź, ale za chwilę wychodzę – powiedziała, patrząc jak przekracza próg mieszkania. – Nie będę proponować ci niczego do picia, bo to spotkanie… biznesowe.
- Biznesowe, jasna sprawa – powtórzył za nią, patrząc na jej plecy, gdy szła przed nim, a potem na kota, którego trzymała na rękach.
- Masz wszystko? – Sonia odwróciła się do niego, pozwalając zeskoczyć kotu na podłogę. – Tak jak cię prosiłam?
- Tak, raczej tak. Chyba... tak mi się wydaje, że mam wszystko. Ale…
- Tak?
- Jesteś pewna? Na sto procent? – spytał, świdrując ją wzrokiem. Sonia patrzyła na niego, a potem uśmiech zniknął jej z twarzy.
- Jak niczego innego w życiu.
Naprawdę to powiedziała? Czy może on się przesłyszał?
- Ja nie jestem taki pewny – stanął naprzeciw niej, chcąc w jakiś sposób ją dotknąć. Nie był pewny czy powinien, czy jeszcze mu wypada, ale nie mógł w żaden sposób się powstrzymać. To nie tak miało się skończyć, on przewidział inne zakończenie. Dotknął jej twarzy opuszkami palca i czuł jak drży pod wpływem jego dotyku. Miał taką ochotę ją pocałować, że w końcu to zrobił. Przywarł swoimi wargami do jej warg i nie chciał się odsuwać. Czuł fale gorąca, jak przechodzą przez jego ciało.
- Co ty robisz?!
- Tylko cię pocałowałem. To nic złego.
- No nie wie – urwała, kiedy znowu wpił się w jej wargi. Teraz już nie protestowała. Oddała każdy pocałunek, jaki złożył na jej ustach, by potem niesiona chwilą, ściągnąć mu z ramion płaszcz, który wciąż miał na sobie. Jared nie zastanawiał się dwa razy nad tym co robi, bo to wszystko przyszło tak nagle. Całował jej usta, na zmianę przesuwając dłońmi po ciele, za którym tak bardzo tęsknił. Nie był w stanie sobie już wyobrazić, żeby nigdy nie mógł go więcej dotknąć. To bolało, bardzo bolało, ale teraz zdawało się, że na ten jeden moment ona naprawdę przestała zważać na wszystko.
Cofała stopy, a on popychał ją coraz bardziej. Dobrze wiedziała co się zaraz stanie, ale nie chciała tego przerywać. Mogła go odepchnąć, mogła z całej siły przyłożyć mu w twarz, ale nie zrobiła tego. Nie zrobiła też nic, kiedy poczuła, że opiera się o stół, a on powoli kładzie ją na nim.
- Co my robimy? – szepnęła, odgarniając mu włosy z policzka.
- Ciii… - zamknął jej usta pocałunkiem, a potem przez śliski materiał koszulki dotknął jej piersi. Słyszał jej świszczący oddech, kiedy sunął palcami w dół jej ciała. Sonia miała przymknięte oczy, kiedy całował powoli każdy kawałek jej ciała, nawet gdy zaczął podwijać do góry jej spódnicę. Na powrót skradł z jej ust kilka krótkich pocałunków, czując pod palcami jej miękkie włosy. Pachniały tak intensywnie, że aż od tego zapachu zakręciło mu się w głowie. Tęsknił za nim; wszystkie poduszki w jego mieszkaniu zdążyły już wywietrzeć i myślał, że już nigdy nie będzie mu dane z nią być tak blisko jak w tej chwili. Chwili, która trwała, ale wszystko co było, zdawało się mówić, że nie powinna. Nie powinna teraz leżeć na tym stole i pozwalać mu na to wszystko, na co pozwala. Nie powinna przyjmować go z taką ochotą jak robi to teraz, nie powinna w zasadzie nawet mu pozwolić, żeby to zaczął. Tylko wziąć papiery i zatrzasnąć mu przed nosem drzwi. Ale pomimo to, wcale nie miała zamiaru się ruszyć tylko czekała, co będzie dalej.
- Jay –
- Jutro, porozmawiamy o tym jutro.
Następnego dnia, gdy otworzył oczy nie wiedział gdzie jest. To pierwsze o czym pomyślał. Potem dotarło do niego, że jest kompletnie nagi, a dziewczyna śpiąca obok niego również. Leżała wtulona mocno w niego i przypomniało mu się wszystko; ten stół, potem to łóżko, a na końcu nawet to, że chciała, żeby został. Ona naprawdę chciała.
Chwilę potem wstał i ubrał się w ciuchy, które miał na sobie wczorajszego dnia. Narzucił na ramiona płaszcz i był pewien, że może go zatrzyma, ale nie zrobiła tego. Pozwoliła mu odejść. Jared przez pewien czas myślał, że to, co się działo w tym mieszkaniu było czymś co sam sobie wymyślił. Coś jak kompletna abstrakcja. Dopóki nie wyszedł na ulicę i poraził go oślepiający blask prosto w oczy. Błysnął kolejny flesz.

23. listopada 2006r., Hollywood, Los Angeles.

Przeglądając się w lustrze, które wisiało w sypialni zdał sobie sprawę, że dzisiaj już musi tam pójść. To, że mieli między koncertami dwa dni przerwy było idealnie dopasowane. W normalnych warunkach cieszyłby się z tego, że może wrócić do Los Angeles, ale teraz, odkąd kilka dni temu je opuścił, czuł się tutaj obco.
Spakowała wszystkie swoje rzeczy, choć znalazł pod łóżkiem jakąś zbłąkaną gumkę do włosów, a w łazience kilka wsuwek. Patrzył na to nie wierząc, że ona naprawdę go zostawiła i teraz przeniosła się do Nowego Jorku. Przecież nie mógł na to pozwolić. Tak bardzo się z tym męczył, że ostatniej nocy prawie nie spał przewracając się na łóżku. Leżał i patrzył w sufit, mając złudną nadzieję, że gdy otworzy oczy skoro świt, ona będzie leżeć obok niego. Ale tak nie było. W zasadzie, miało tak już nie być nigdy, bo zdecydowała, a on czy chciał czy nie, powinien uszanować jej decyzję, choć była dla niego zbyt trudna.
Rozumiał ją. Oczywiście, że rozumiał. Musiał postawić się na jej miejscu i wejść w jej skórę. Pewnie zrobiłby tak samo, gdyby po raz kolejny z rzędu ktoś go zapewniał, że się zmieni, że przestanie i już nigdy nie zrobi tego, co robił wcześniej. Ale z każdym kolejnym dniem, jego obietnice były łamane, a słowa które do niej mówił coraz bardziej puste. Mimo to, że tak bardzo ją zawiódł, spowodował cały ciąg wydarzeń; najpierw jego omdlenie na scenie w L.A., potem szpital i ich krótka rozmowa, a na samym końcu jego prawie trzy miesięczny odwyk, który miał wrażenie, że ciągnie się w nieskończoność. Był pewien, że każdy z ludzi, zrobiłby tak samo jak ona, bo z nim nie można było normalnie żyć, gdy wciąż pokazywał swoją mroczną stronę, którą miał okazję tak często ostatnio oglądać. Czasem się zastanawiał czy to kiedyś minie, czy Aiden miał rację, czy on może rzeczywiście powinien zacząć pracować nad tym, żeby samą siłą woli wyjść na prostą, bo to wszystko jest tylko w nim samym. Nigdzie indziej.
Później wziął w dłonie pozew rozwodowy, który czytał tak wiele razy, że mógł go recytować niczym wiersz. Spojrzał na niego, a potem w swoje niebieskie oczy, w których płonął dziwny blask. Może to była determinacja, może jeszcze jakaś ukryta siła, która nie pozwalała mu do końca zgasnąć albo zaś odwrotnie, odbijały się w nich wszystkie przekreślone i złudne nadzieje.
Piętnaście minut później, wiedząc już i będąc w zupełności pewnym, że to się dzieje, wysiadł z taksówki, która podjechała pod nowoczesny budynek. Miał na sobie czarną marynarkę i cały był na czarno, nawet przeciwsłoneczne okulary, które założył na nos były w czarnych oprawkach. Jedyną rzeczą, jaka wyróżniała go, to jego czerwone końce włosów, których już nie umiał schować. Szedł wyprostowany niczym struna, patrząc przed siebie i nie odwracając ani na moment głowy. Sprawiał wrażenie dumnego i wyrachowanego, a jego ciemne ubranie dodawało mu jakiegoś dziwnego magnetyzmu. Naprawdę umiał roztoczyć wokół siebie taką aurę, że nikt nie mógł ani przez chwilę pomyśleć o tym, że w głębi siebie jest rozbity. W całości; na kawałki.
Zatrzymał się na zupełnie pustym korytarzu. Nie było tu nikogo, tylko on. Rozejrzał się, ściągając z nosa okulary, bo teraz już nie musiał uciekać przed natrętnym paparazzi, co kręciło się pod sądem. Odetchnął; wyrzucił z siebie głęboki oddech, który miał oczyścić go ze stresu. Wdech, wydech, uśmiech. Przecież pamiętał, jak kiedyś powtarzał to sobie w głowie, zanim wyszedł na scenę. Teraz nie mogło być inaczej.
Jared już wiedział, że tutaj może nie skończy się jego życie, nikt mu go nie odbierze, ale był pewien, że w jakiś sposób część jego na zawsze się tutaj zatrzyma. Zostawi ją tu, niczym rzecz i odejdzie. A potem powróci do codzienności i dalej będzie gonił za tym, co ucieka mu przez palce. Ale już bez niej. Sam.
- Rozprawa numer czterysta trzydzieści siedem w sprawie rozwiązania małżeństwa powódki Soni Reeves i pozwanego Jareda Leto – dotarło do niego zaraz po tym, jak siadł na swoim miejscu i splótł swoje dłonie przed sobą. Siedział naprzeciw niej, patrząc wprost na jej twarz, a ona miała cały czas opuszczony wzrok. Sonia nie chciała na niego patrzeć, bo gdyby spojrzała mogłaby się złamać, a dzisiaj nie mogła być w żaden sposób sentymentalna. Jej długie, kasztanowe włosy spływały po ramionach, które miała lekko przygarbione. – Bardzo proszę zebranych o opuszczenie sali rozpraw, rozprawa odbywa się bez udziału publiczności – sędzina, na oko pięćdziesięcioletnia kobieta, zwróciła się do ludzi, którzy pozajmowali miejsca, a ani Jared, ani Sonia nie życzyli sobie tego. – Obie strony stawiły się, bardzo proszę o potwierdzenie swojej tożsamości.
- Sonia Veronica Reeves, urodzona piętnastego marca tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego siódmego roku, zameldowana w Los Angeles, mieszkająca obecnie w Nowym Jorku, w dzielnicy Manhattanu, East Village – powiedziała, unosząc głowę i natrafiając na jego skupione spojrzenie. Patrzył na nią nawet nie mrugając. Miał taki skupiony wyraz twarzy, a jego niebieskie oczy przeszywały ją na wylot. Opuściła wzrok na swoje dłonie.
- Jared Joseph Leto, urodzony dwudziestego szóstego grudnia tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego pierwszego roku, zameldowany w Los Angeles, Hollywood i również tam mieszkam – nie odrywał od niej wzroku, a mimo to, że ona już nie patrzyła, tylko skupiała swój wzrok na swoich dłoniach, to nie myślał nawet przestać.
- Data zawarcia związku małżeńskiego? – spytała sędzina, patrząc to na Jareda, to na Sonię.
- Trzydziesty pierwszy stycznia dwa tysiące szóstego roku – odpowiedział, a ona pokiwała potakująco głową.
- Zgadza się pani z tym?
- Tak, nie mam wątpliwości co do tego – odpowiedziała, kierując swój wzrok na sędzinę, uśmiechając się delikatnie. Kobieta wzięła do rąk jakieś kartki, a potem patrząc to na nią i na Jareda, zadała kolejne pytanie.
- Kiedy i z jakiego powodu związek zaczął się psuć? Co było głównym powodem, dla którego zdecydowała się pani wnieść pozew o rozwód? – pytanie zawisło w powietrzu, a różne wersje odpowiedzi zaczynały się formować w jej głowie. Nie wiedziała, która jest odpowiednia.
- Mój mąż… on, bardzo wiele razy mnie oszukał i okłamał – powiedziała, wciągając powietrze i robiąc wydech. – Złamał wiele obietnic, a zaczęło się od tego, że miał nie brać już… on był uzależniony od narkotyków, które są właśnie powodem tego, że zdecydowałam się złożyć pozew. Pierwszy raz nakryłam go rok temu, w czerwcu, kiedy wciągał w naszym mieszkaniu. Obiecał, że nigdy więcej tego nie zrobi, ale robił. Za moimi plecami. W czerwcu tego roku przedawkował i trafił do szpitala, potem na odwyk – mówiła, patrząc w jego oczy, choć wiedziała, że nie powinna. Jared milczał, słuchając tego, co ma do powiedzenia i przypominając sobie wszystkie te sytuacje. I wszystkie z nich były prawdziwe. – Wtedy zdecydowałam się, że nasze małżeństwo nie może już dłużej trwać.
- Podziela pan zdanie pani Reeves? – Jared poczuł, jakby ktoś go wyrwał z jakiegoś otępienia. Odwrócił powoli głowę w kierunku sędziny i pokiwał twierdząco. Kobieta skierowała ponownie swoje skupione spojrzenie na Sonię. Jared miał ochotę stąd wyjść, ale wiedział, że musi i co najważniejsze, przyrzekł jej wtedy, że już niczego nie będzie utrudniał. Jeszcze pamiętał jej włosy, które przelatywały przez jego palce, jej spojrzenie, które mógł zapamiętać i ją samą, kiedy leżała przed nim na tym stole i ta chwila, która zdawała się wtedy taka realna i całkowicie ich, teraz była nierzeczywista. Jakby działa się tylko w jego głowie, jak gdyby tylko sobie ją wymyślił.
- Kiedy nastąpił rozpad pożycia małżeńskiego? Proszę podać datę ostatniego pożycia małżeńskiego.
- Początek kwietnia, byłam w Minneapolis, gdy miał tam koncert.
- Zgadza się pan? – Jared był zaskoczony, nie rozumiał dlaczego nie powiedziała nic o tym, co było miedzy nimi niespełna miesiąc temu. Nie wiedział jaki ma cel, że przemilczała to, że… no właśnie, nic nie rozumiał. – Zgadza się pan, że ostatnie pożycie małżeńskie było siedem miesięcy temu?
- T-tak, zgadzam się – zająknął się, wwiercając w Sonię zdziwione spojrzenie. Odpowiedziała mu tym samym, jakby chciała powiedzieć „o co ci chodzi?”
- A teraz muszę zadać najważniejsze pytanie – Jared czekał, przeczuwając jakie to pytanie jest. Sędzina spojrzała najpierw na niego, jak patrzy na Sonię, nie chcąc oderwać swojego wzroku. Dokładnie jej się przygląda, jak gdyby próbował zapamiętać jej obraz już na zawsze. A potem przeniosła wzrok na nią, żeby zobaczyć to samo. – Czy kocha pani męża?
Nie odpowiedziała od razu, a Jared miał wrażenie, że Sonia przestała oddychać. Mógł tak sądzić, bo spięła się, a potem zaczęła nerwowo przebierać palcami i zaciskać dłonie. Robiła to tak machinalnie, że pewnie nie zdawała sobie z tego nawet sprawy. Ale on doskonale to widział i tylko czekał aż się odezwie.
- N… N-nie, nie kocham, znaczy tak, znaczy nie wiem… - drżał jej głos i próbowała odgarnąć włosy z czoła. – Mogę prosić o krótką przerwę?
Na początku nie wiedział czemu to zrobił. Stało się to tak nagle, niesione jakimś impulsem, że po prostu to się działo. Prawie tak jakby nie miał nad tym kontroli, że, gdy Sonia wstała ze swojego miejsca, on kilka sekund później zrobił to samo. Potem zamknął drzwi identycznie, jak ona i rozejrzał się po korytarzu. Nie musiał długo jej szukać. Stała oparta obiema dłońmi o parapet z opuszczoną głową. Oddychała głęboko, chcąc jakoś uspokoić swoje skołatane serce. Jego kroki dudniły, a ona zdawała się ich nie słyszeć. A może nie chciała, żeby podnieść głowę i go zobaczyć, gdy staje naprzeciw niej.
- To prawda? Przecież to nie jest prawda – mruknął w jej kierunku, stając jakąś minimalną odległość dalej. Podniosła na niego swoje brązowe oczy i choć wiedziała, o czym on mówi, nie wiedziała jak się odezwać. – Kiedy zobaczyłem cię po raz pierwszy, tam na tym lotnisku pośród tych ludzi, jak krzyczałaś na tego chłopaka… Nie wiem, to tak jakby zaparło mi dech w piersi – przybliżył się jeszcze bardziej do niej, a ona już się nie opierała. Patrzyła na niego i tak bardzo chciała, żeby nie przestawał. - Nie jestem dobry w tego typu rzeczach, ale będąc obok ciebie, czuje się całkiem kruchy. Będziesz moją zgubą, wykończysz mnie, wiesz o tym?
- Tak? Mam nadzieje, że nie.
- Wiem o tobie tak wiele, a czasem mam wrażenie, że nic.
- Mogę powiedzieć o tobie to samo.
- I myślę… - zrobił pauzę. – Że się w tobie zakochuje na nowo, każdego dnia – dotknął jej dłoni, splatając ich palce razem. Nie protestowała. – Chcę żebyś ze mną uciekła, teraz. Mówię poważnie, chcę ciebie – zacisnął jeszcze mocniej swoje palce, całkiem przyciągając ją już do siebie. – Po prostu chodź ze mną, możemy to zrobić dziś albo jutro. Gdziekolwiek, to już nie ma znaczenia.
- Nie rozumiesz? Ja nie mogę, Jared jesteśmy w sądzie, za chwilę skończy się przerwa, my dzisiaj bierzemy rozwód… czy ty tego naprawdę nie rozumiesz? – patrzyła mu w oczy, doszukując się tam czegoś, co by znaczyło, że on chce wrócić z powrotem na tą salę i dokończyć to, co zaczęli.
- Nie obchodzi mnie to, słyszysz? – szepnął tak, że tylko ona mogła to usłyszeć. – Musisz coś zrozumieć. Cokolwiek się wydarzy, cokolwiek postanowisz, nigdzie się nie wybieram – dotknął opuszkiem palca jej policzek, a potem przejechał nim aż do linii szczęki. Pachniała tak jak zawsze, wyglądała tak jak zawsze, nic się nie zmieniła. Nawet to, że miała na sobie tak wysokie szpilki, że byli jednego wzrostu i była ubrana tak jak nigdy; w czarną spódnicę, białą koszulę i marynarkę, nie sprawiało, że była inna. Była wciąż taka sama – wtedy kiedy ją poznał po raz pierwszy i teraz, gdy stoi przed nim. – Nigdzie się nie wybieram, chyba, że ty pójdziesz ze mną – przycisnął usta do jej czoła i słyszał jak głośno wciąga powietrze. – Wiem, że to szalone, wiem to cholera, wiem to dobrze, ale tak bardzo cię kocham. I wiem, że może nie znamy się tak jak powinniśmy, ale chcę spędzić resztę swojego życia poznając cię. Chcę tego, słyszysz? – znowu szepnął, parząc w jej oczy i chcąc ją pocałować.
- Słuchaj, Jay… nie, ty nie możesz. Nie możesz tak do mnie mówić! Czy ty oszalałeś?! – podniosła głos, ale nie odsunęła się od niego. Tylko złapała jego dłoń, której palce dotykały wciąż jej policzka. Miał twarde opuszki i przecież zawsze je znała, mogłaby rozpoznać je od razu. Tyle lat grania, tyle czasu ile poświęcił temu, że teraz były odrobinę szorstkie. Do końca nie wiedziała co ma robić, przecież mogła odejść, przestać z nim rozmawiać, wejść na tą salę i powiedzieć, że go nie kocha i, że ich małżeństwo musi dzisiaj zostać rozwiązane, ale nie mogła. Coś ją blokowało, coś tak bardzo jej utrudniało to, żeby ponownie tam wejść i powiedzieć to wszystko, co mijało się z prawdą, że teraz tu stała i chciała, żeby nie odchodził. Sonia mogła pójść z nim, bo widziała to, jak na nią patrzy, jak się uśmiecha i jak bardzo jest pogodzony sam ze sobą, że to jego wina, że teraz tu są. Widziała też, jak bardzo ją kocha i jak bardzo żałuje tego, co zrobił. Widziała to wszystko i jednocześnie tęskniła za nim każdego, mijającego dnia.
- Tak! Oszalałem, masz rację oszalałem! – odpowiedział jej tak samo, ani na moment nie przestając patrzeć w jej oczy. Sonia milczała, patrząc to w jego niebieskie tęczówki, to w coś odległego za jego plecami.
- Nie wiem co powiedzieć. Jay, naprawdę nie wiem…
- Chcę tylko, żebyś powiedziała „tak”. Tylko tyle mi wystarczy, już nic innego nie potrzebuję – nawet nie pytając o zgodę wpił się w jej wargi, a ona tak samo, nie będąc przygotowaną na to, oddała mu pocałunek.
- Co ty robisz? – odsunęła się, dotykając palcami swoich warg. Wciąż czuła smak jego ust.
- Dużo głupich rzeczy. To nic, mam ciebie. Proszę daj mi szansę, daj mi jedną, jedyną szansę, już jej nie zmarnuje, przysięgam.
- Wiesz, że nie mogę tego zrobić. Dobrze o tym wiesz – chciała go wyminąć, ale nie pozwolił jej na to. Przyciągnął ją do siebie, tak, że teraz wpadła w jego objęcia i nie mogła się ruszyć ani kroku. Tęskniła za tym, kiedy trzymał ją tak mocno i przytulał do siebie. Teraz nie było inaczej.
- Możesz.
- Nie mogę, mam życie, do którego muszę wrócić. Ono się kompletnie różni od tego... od tego z tobą.
- Skreśliłaś mnie? – spytał, będąc pewnym, że się przesłyszał. – Już kompletnie mnie skreśliłaś? Naprawdę to zrobiłaś? – patrzył jej w oczy, rozluźniając uścisk. Stykali się prawie nosami, miał ochotę znowu posmakować jej ust, kiedy ona tylko tak patrzyła w jego oczy.
- To nie tak… chyba się boję, co będzie później, nie wiem czy mogę ci wierzyć.
- Zmieniłem się, ja się naprawdę zmieniłem. Nie jestem taki jak kiedyś, jestem zupełnie inny, mogę ci to udowadniać każdego dnia, ale błagam… powiedz tylko „tak”, tylko to jedno „tak”. Już nic więcej…
- Jay, czasem masz szczęście, że cię kocham -
- Mój Boże – przerwał i wyszeptał w jej włosy. – Ale za tobą tęskniłem.

Miesiąc później, 25. grudnia 2006r., Hollywood, Los Angeles.

- Bardzo proszę się przesunąć, ja tu niosę ciasto!
- Shannon, idioto, nie podstawiaj mi haka, to nie Halloween!
- Nosz kurwa! Jak ty się zachowujesz, są święta!
- To, że są święta i na domiar złego, masz jutro urodziny, nie znaczy, że mam być dla ciebie miły, bracie – Shannon uśmiechnął się przepraszająco, ale i tak było w tym więcej ironii. Jared prychnął, ustawiając ciasto, które przed chwilą niósł.
- Żebyś się tym tylko udławił.
- Do jasnej cholery, są święta! – powiedziała Sonia, patrząc to na jednego to na drugiego. – Nawet w taki dzień nie potraficie się do siebie normalnie odzywać? Co jest z wami?!
- Nic – powiedzieli równocześnie, patrząc się na siebie, a potem na nią. – Tak już jest.
- I błagam, przestańcie kląć!
- Odezwała się…
- Co mówiłeś kochanie? – zmarszczyła brwi, patrząc na Jareda bardzo intensywnie. – Chcesz spędzić Boże Narodzenie na kanapie?
- O nie stary, robi się groźnie, może ja się ulotnię do mamy – powiedział Shannon, a potem wstał z kanapy, patrząc to na niego i na nią. Nie wiedział, które z nich jest w tej chwili bardziej wkurzone. Sonia patrzyła na Jareda zmrużonymi oczami, a on starał się jakoś ją udobruchać. Przytulił ją mocno, całując w głowę.
Usłyszeli jeszcze trzask zamykanych drzwi, a potem dźwięk odpalanego silnika. Shannon odjechał na swoim motorze.
Nie był w stanie zauważyć znaczącej zmiany. Gdyby jej nie widział miesiąc, dwa albo jak ostatnio cztery, mógłby to zauważyć od razu. Jasne, że by to przykuło jego uwagę, bo byłoby pierwszym co się mogło rzucić w oczy. Teraz siedział obok niej, patrząc na jej profil; puchate policzki, zgrabny nos i włosy, które wpadały w jej oczy.
Kiedy do niego wróciła, nie mógł uwierzyć w to, że to się stało, a on sobie tego nie wymyślił. Przecież na samym początku, miał wrażenie, że to zły sen, że ona wróci. Śnił o niej, o tym co się stało, o sobie samym też śnił, jak stoi przy brzegu krawędzi i już wystarczy tylko chwila i w nią wpadnie. A potem musiał zmierzyć się z każdym swoim demonem, który do niego powrócił, by zdać sobie sprawę, że ich nie umie jeszcze pokonać. Są zbyt silne, są zbyt mocne i są całkowicie zbyt niezniszczalne, żeby tak nagle mogły odejść. Niczym pułapka, w którą wpada, gdy jego świat wysypuje mu się z rąk, a on choć chce czasem nie potrafi tego zatrzymać. To kręci się coraz dalej, napędzane niczym błędne koło. Chce, ale nie potrafi, a gdy już umie zmierzyć się z tym wszystkim, nagle to wszystko znika.
Teraz miało być inaczej. Miało być w zupełności inaczej. Choć wiedział, że wszystko co trwa to zaledwie chwila, był pełen szczęścia i nadziei, że to co się dzieje, było tylko tym, co miało przygotować go, gdy wszystko co zrobił i co się stało, miało w jakiś sposób powrócić.
Uśmiechnęła się do niego, wyjmując małe pudełko przewiązane wstążką.
- Nie wiedziałam, kiedy ci dać – mruknęła, kiedy rozwiązywał wstążkę i zajrzał do środka. – Czy dziś czy jutro… - Był zaskoczony takim widokiem. Poczuł tylko jak go całuje delikatnie w policzek, a potem szepcze cicho wprost do jego ucha: - Tak, będziesz tatą.

*
Trzy miesiące później, 3. marca 2007r., Los Angeles.

„Po kilku wspaniałych latach z Thirty Seconds to Mars, Matt Wachter zdecydował, że nadeszła chwila, żeby spędzić więcej czasu z rodziną w domu.
Kochamy go i całkowicie go wspieramy. Zaakceptowaliśmy jego decyzję z szacunkiem i zrozumieniem. To nie jest koniec, to po prostu nowy początek.
Są chwile, kiedy wszyscy chcą, żeby niektóre rzeczy pozostały takie same, ale zmiana jest nieunikniona i wierzymy, że musi być przyjęta jako dar, a nie coś zupełnie innego. Mimo to, między nami zostają pozytywne stosunki i dziękujemy mu za wspaniały wkład na rzecz zespołu.
Dbamy o naszego brata Matta i życzymy mu wszystkiego, co najlepsze.
- Thirty Seconds to Mars.”

Oficjalna nota na stronie zawisła. Tego dnia nie miało zmienić się wszystko, nie miało zmienić się w zasadzie nic. Przecież to, że Matt odszedł z zespołu nie znaczyło, że to koniec świata. Tak przecież nie było. Nie pożegnali się w kłótni, nie toczyli ze sobą walk, tylko zrobili to jak przyjaciele. Bo przecież nimi byli. Tak długo przed powstaniem Trzydziestu sekund do Marsa, jak teraz, gdy Matt podjął jedną z trudniejszych decyzji o tym, że żegna się z nimi na zawsze.
Może Shannon, Jared i Tomo nie byli zbytnio z tego powodu zadowoleni, ale przyjęli to ze zrozumieniem i wszystkim co mogli mu wtedy ofiarować. Nikt nie miał mu tego za złe. Każdy z nich doskonale go rozumiał, że spędzony czas w trasie koncertowej nigdy nie będzie im zwrócony. Musieli poświęcić coś dla dobra czegoś i odwrotnie. Ale choć tak się stało, wszystko miało zostać w jak najlepszym porządku.

20. sierpnia 2010r., Kraków, Polska.

- Jared, w przeciągu wszystkich trzech płyt zadedykowałeś trzy piosenki, każda innej osobie. Pierwsza ‘Welcome to the Universe’ była dla twojej dziewczyny, później żony, druga ‘Attack’ była dla Emily, twojej najlepszej przyjaciółki, trzecia ‘Alibi’ była tylko z inicjałem M., ale wiem dla kogo to jest.
- Czwarta piosenka, która znajdzie się na naszej czwartej płycie, a napisałem ją lata temu jest dla Shannona.
- Tytuł? - Will uśmiechnął się, przekrzywiając głowę. Jared tam samo się do niego uśmiechnął, a potem przetarł palcami swoje oczy.
- ‘City of Angels’, miałem nie mówić ani słowa, ale widzisz, skończmy to czymś pozytywnym.
- Dwudziesty sierpnia dwa tysiące siódmego roku był dla ciebie dniem, kiedy wszystko się skończyło. Tak powiedziałeś, wszystko zakończyło się właśnie tego dnia.
- Na początku, owszem, myślałem, że jeżeli potrafisz sobie wyobrazić zakończenie własnego życia będąc jeszcze żywym, ten dzień będzie tym, który mogę tak nazwać - popatrzył na Willa, który rozumiał o czym mówi. - Ale tak się nie stało. Siedzę przed tobą, przeprowadzasz ze mną wywiad, spisujesz moją biografię i wywlekasz na światło dzienne wszystkie brudy, które przez tyle lat chowałem w sobie. Potem trafi to wszystko do sklepów, ludzie przeczytają, poznają jaki naprawdę jestem i co zrobiłem w życiu i do jakiego momentu je doprowadziłem - mówił, patrząc na niego znacząco. - Później, prawdopodobnie sprzedaż naszych płyt nagle zmaleje, zrobi się gorzej, nie pomoże żaden mistrz marketingu ani spec od zarządzania. Trzydzieści sekund do Marsa nagle zniknie z rynku, bo powiedziałem całą prawdę. Jestem na to gotowy, że będę zmuszony zejść ze sceny, ale wiesz co, nie żałuje. Nie żałuje ani jednego słowa, które powiedziałem, bo czuje spokój. Rozumiesz, nareszcie czuje ten spokój, odnalazłem go, to wreszcie się stało.
- Jared, ja wierze, że ludzie nie pozwolą wam zejść ze sceny, bo dowiedzą się, że jak byłeś naćpany to zdradziłeś żonę czy traciłeś przytomność, bo przedawkowałeś.
- Mój idealny sceniczny wizerunek już nie jest prawdziwy, a dziś po trzech latach dwudziesty sierpnia jest dla mnie wyjątkowy, już nie, że byłem martwy, ale dziś jestem znowu żywy.
- Dokonało się; demony zniknęły.
- Chaos odszedł na zawsze.
- Jared - zmienił ton głosu, patrząc to na niego, to na stos gazet, które leżały między nimi. Jared miał taki dziwny wyraz twarzy, jakby ktoś zdjął z niego ciężki głaz. Już nic nie mogło go dobić do ziemi, wszystko zniknęło, prawie tak jakby mgła, co towarzyszyła mu przez te wszystkie lata nagle pozwoliła przedrzeć się słońcu. - Opowiedziałeś mi swoje wspomnienia, swoje - 
- Piękne zaprzeczenie, dokładnie tak bym to nazwał. Zamknąłem w nim w końcu swoją duszę i całego siebie.
- Zrobiłeś to po prawie czternastu latach, gdy po raz pierwszy zdecydowałeś się zawalczyć o własne marzenia, potem skrzętnie rok po roku robiłeś wszystko by je spełnić, dokonałeś prawie niemożliwego. Pokonałeś samego siebie, udowodniłeś wszystkim tym co nie wierzyli, co myśleli, że nie dasz rady, a ty nie miałeś nigdy zamiaru się poddać.
- Bo w końcu wiem kim jestem, choć przecież byłem taki od dawna - przeczesał palcami swoje blond włosy, które za jakiś czas będzie stylizował. Will odetchnął, jakby przebył długą drogę. - Może mi nie wierzysz, ale jestem naprawdę szczęśliwy, czuje jak coś mnie wypełnia od środka. A teraz wiem, że moje szczęśliwe zakończenie musiało wyglądać właśnie tak. 
Jared rozejrzał się. Will patrzył na niego z delikatnym uśmiechem i wyłączył dyktafon. Razem z końcem nagrywania zrobiło się w pokoju cicho i pusto. Spojrzał w okno; Kraków tętnił życiem, wszystko toczyło się do przodu, kiedy on wciąż tu siedział. Przecież wiedział, że za chwilę będzie zmuszony stąd wyjść i stanąć na scenie. Miał poczuć trochę inne emocje, uczucia i wszystko to, co czuł za każdym razem, gdy widział tych ludzi. Zrzucił z siebie coś ciężkiego, naprawdę to czuł, że coś z jego ramion na zawsze opadło. I już nigdy nie miało tam wrócić.
- Tytuł mamy. Idealnie nadaje się ‘Jared Leto, to kim naprawdę jestem’, możemy wnieść kilka poprawek przed drukiem. Wyśle kopie wywiadu mailem, ale wydaje mi się, że wszystko jest okay - chłopak zbierając swoje rzeczy z pokoju, w którym spędzili ostatnie godziny, uśmiechnął się na pożegnanie.
- Wydaje mi się, że nie są konieczne żadne poprawki. W końcu powiedziałem całą prawdę - dodał, odpowiadając mu tym samym uśmiechem. - Streszczenie ostatnich czternastu lat mojego życia było czymś... – zawahał się, szukając odpowiedniego słowa.
- Niesamowitym, naprawdę – odpowiedział mu, ściskając jego dłoń.
- Też tak myślę... - już chciał jak najszybciej zakończyć tą rozmowę, na co Will zareagował instynktownie. Zarzucając na jedno ramię torbę, a pod pachę zbierając kilka luźnych kartek, oddalił się w kierunku drzwi. Jared pożegnał go krótkim skinięciem głowy. Oparł się plecami o pomalowane drewno i kilka razy głęboko odetchnął. Otworzył na powrót swoje oczy i rozejrzał się wokół siebie.
Potem znalazł się w swojej garderobie, usiadł przed toaletką, patrząc się w swoje oczy. Wziął do rąk jakiś lakier i zaczął obficie spryskiwać swoje postawione blond włosy.
Ostatnie przelotne spojrzenie w duże, zawieszone przed jego twarzą lustro. Ostatnia poprawka narzuconych na siebie ubrań. I ostatni uśmiech skierowany w swoje odbicie. Potem jeszcze usłyszał szybkie kroki za swoją garderobą, a później dźwięk otwieranych drzwi. Shannon wsadził głowę do pomieszczenia i uśmiechnął się lekko;
- Już czas - zakomunikował, wycofując się do tyłu. Jared jeszcze raz popatrzył się w swoje roziskrzone oczy. Jeszcze tylko jedno spojrzenie w lustro.
Idąc wąskim korytarzem, słyszał już podniesione głosy wydobywające się po drugiej stronie. Czekali na niego, czekali na nich wszystkich. Zawsze sobie powtarzał, że musi zagrać tak, jakby miał jutro umrzeć. Tak, jakby jutro mieli przestać istnieć, a świat miał ich zapamiętać aż do jego końca. Po prostu dać z siebie więcej niż sto procent. Ale gdy wychodził przed publiczność, chociaż robił to setki razy, czuł się tak, jak wtedy, gdy dał swój pierwszy 'koncert', który zakończył się klapą; te same emocje i ta sama zażyłość z muzyką. Czuł się tak samo, jak wtedy, kiedy wystąpił przed większą publiką, która kupiła ich bilety, żeby zobaczyć ich na żywo. Wtedy, po raz pierwszy. Naprawdę pierwszy raz.
Nacisnął na klamkę i otworzył drzwi, a pęd powietrza porwał jego ubranie i usłyszał przeraźliwy pisk. A potem zaczęło się... Zaczęło się to, co tak bardzo kochał.

poniedziałek, 30 listopada 2015

28. Dotknij sercem szorstkich stron naszej historii - zamknięto tam ciebie, mnie i naszą nieskończoność - część I

„Starałem się być kimś innym, ale zdaje się, że nic nie uległo zmianie. Teraz wiem, kim naprawdę jestem wewnątrz. W końcu odnalazłem samego siebie, walcząc o kolejną szansę.” (The Kill)

18. czerwca 2006r., Los Angeles, zamknięty ośrodek dla osób uzależnionych.

Jared kartkował powoli tą samą gazetę, którą czytał w gabinecie Aidena. Zastanawiał się czy w ogóle by się o tym dowiedział, gdyby nie on. Przecież wiedział, że Shannon miał go już kompletnie gdzieś i coraz bardziej się wściekał. Ale był też pewien, że pomimo to, że Jared zalazł mu tak bardzo za skórę, zrobiłby dla niego wszystko, żeby przestał zachowywać się jak się zachowuje.
Wzmianka o ich zespole była nieduża, zajmowała może ledwo pół strony, ale wiedział, że wywołała już spory szum w mediach. W końcu nie miał dostępu do świata, był tutaj jak w więzieniu, a Aiden poszedł mu na rękę i pokazał też inne mniejsze bądź większe artykuły, które zalały Internet. W żadnym, ale to w żadnym Shannon nie mówił, co się stało z Jaredem, że zniknął całkowicie z medialnego świata, a nawet brak jego zdjęć starał się ucinać brakiem odpowiedzi. Nie myślał o tym na początku zbyt wiele, bo stwierdził, że Shannon ma nad tym kontrolę i nikt nie będzie drążyć tematu, skoro i tak nie odpowiadał na ich pytania. Potem ogarnęła go dziwna panika, co się stanie jeśli ktoś będzie chciał śledzić ich, gdy w końcu zechcą go odwiedzić. Ale zaraz odrzucał te wszystkie bzdurne myśli, bo kto normalny jeździłby za Shannonem, Mattem i Tomo krok w krok. Przecież nie był żadnym mordercą, żeby musieli go odnaleźć.
- Jared – usłyszał zaraz po tym, jak po raz któryś z kolei czytał ten sam artykuł. – Jared, słyszysz mnie?
- Nie śpię – powiedział, podnosząc się i stając na nogach. Aiden White patrzył na niego spod swoich szkieł. Był jak zwykle ubrany w swój śnieżnobiały kitel, a na nogach miał trampki. Uśmiechnął się delikatnie do niego, bo już wiedział po co do niego przyszedł. Sesja indywidualna miała się zacząć już za chwilę.
- Za trzy minuty w moim gabinecie, no już – powiedział i zaraz potem za sobą zamknął drzwi. Otrzepał się z niewidocznego kurzu i odetchnął przez usta. Nie miał się czego bać, to kolejne spotkanie z jego lekarzem, który naprawdę chce mu pomóc wyjść z tego całego gówna. A on tak samo musi mu na to pozwolić i nie może się buntować. To nie już czas i miejsce na to. W dziewięćdziesiątym dziewiątym mógł to robić, bo był zwyczajnie głupi i naiwny, nie widział sensu, żeby ktokolwiek mógł go zrozumieć. Teraz już był pewien, że wtedy nie miał racji, a oni wszyscy starali się mu tylko pomóc. Był zbyt podatny na uroki różnych używek i brał je do woli, aż w którymś momencie po prostu się na tym przejechał. Wtedy wszystko na niego zwaliło się tak nagle; ciąża Louise, ich ślub i niemożliwość radzenia sobie z otaczającym go światem. A dzisiaj nie miał już żadnych powodów by brać, tylko znalazł się w złym miejscu i w złym czasie. Kathleen znowu rozłożyła nad nim skrzydła, sprzedając mu działka po działce, a on brał to z tylko sobie znaną ochotą. Wiedział, już był pewien, że na zawsze zostanie ćpunem, choćby już nigdy nie miał niczego więcej wziąć. To miało być z nim do końca, a on teraz sobie przyrzekł, że nie spieprzy niczego po raz kolejny, że zakończy w końcu znajomość z Kathleen, że nie da sobą manipulować do tego stopnia, że gdy tylko zgłaszał się do niej, wszystkie sznurki jakie go trzymały, puszczały. Każda rzecz, co miała trzymać go w ryzach; miłość, zespół, spełnione marzenia i wszystko inne, co było mu dobre i drogie, już miał świadomość, że mógł to tak łatwo przekreślić. I to tylko z jego winy.
- Aiden – zaczął, przygryzając wargę. – Ja wiem, co chcesz mi powiedzieć, że jeżeli nie zacznę nad sobą pracować, jeżeli nie przestanę to naprawdę, któregoś dnia obudzę się leżąc sam ze strzykawką w ręce i patrząc w sufit i… no właśnie, nie widząc nic, bo będę już wrakiem do takiego stopnia, że nic innego nie będzie dla mnie ważne niż to, żeby wziąć i odlecieć i być wysoko… naprawdę, wysoko w niebie, poza własnym umysłem i świadomością i… naprawdę, to znaczy, że wszystko spieprzyłem, złamałem prawo, rozbiłem się autem, potem prawie straciłem największą miłość, to był prawie mój koniec, a ja mimo to, dalej to gówno chciałem brać, jakby bez tego nie dałbym rady oddychać. Ale przecież ja mam już inny tlen…
- Jay, co nim jest? – Aiden zainteresował się i położył dłonie na biurku. Przez chwilę wpatrywał się w jego oczy, chcąc znaleźć w nich odpowiedź, ale Jared postanowił się jednak odezwać. Przełknął ślinę, przeczesał palcami swoje już dosyć długie, czarne włosy i odetchnął.
- Moja żona, ona jest moim tlenem, bez niego ciężko mi się oddycha, bez niej nie może istnieć nic. Prawie bym ją stracił, jest przecież dla mnie wszystkim… rozumiesz, jak ona odejdzie ode mnie to ja sam w sobie też odejdę, skończy się coś już na zawsze, a teraz przez ten cały czas robiłem wszystko, stwarzałem tyle powodów, żeby mnie zostawiła i przez pewien czas, naprawdę miałem wrażenie, że ona mnie zostawi, że już dłużej nie wytrzyma – złapał oddech, ściskając swoje palce u rąk. Aiden nie słyszał u niego jeszcze aż takiego wyznania, przez pewien czas myślał, że on się nigdy nie otworzy. Wystarczył jednak impuls, zapalnik, żeby w końcu tama runęła i wszystko wyszło na wierzch. Już dłużej nie umiał tego trzymać w sobie, a Aiden był skory to wszystko wysłuchać i był też pewien, że nikomu o tym nie może powiedzieć.
- Nie wiedziałem, że masz żonę – spojrzał na jego dłonie, na których nie było obrączki. – W mediach też nic nie jest napisane na ten temat. Wydawało mi się, że jesteś po prostu w długim związku, nie było nigdzie wzmianki o tym, że wziąłeś ślub.
- Bo to prawda; nigdzie o tym nic nie było napisane. Wzięliśmy ślub pół roku temu, w Las Vegas bez niepotrzebnych świadków. Uznałem, że jestem na ten krok gotowy. Ona w końcu jest i zawsze już będzie miłością mojego życia, nie będzie kolejnej, nikogo już nigdy nie pokocham tak mocno jak jej. To się przecież zdarza tylko raz w życiu, tego nie można już powtórzyć – odetchnął, splatając ze sobą palce. Aiden przez chwilę milczał, zastanawiając się, czy Jared jest gotowy na coś takiego. W końcu nareszcie się otworzył, nie kazał mu przestać, nie mówił, że ma dać mu spokój i sobie iść. Teraz siedział ze spuszczoną głową, a włosy przysłaniały mu twarz.
- Jay, za jakiś czas będziesz miał gościa. Powinieneś się ucieszyć, tak myślę. – Jared jak na komendę podniósł swoje oczy; teraz wpatrywał się w niego natarczywie, tak, że gdyby Aiden nie znał już tego spojrzenia to opuściłby swoje oczy.
- Kto to jest? – mruknął zachrypniętym głosem, a Aiden uśmiechnął się lekko w kącikach ust. Jako jego lekarz musiał wiedzieć o wszystkim co dotyczyło jego pacjenta i tak samo musiał wydać na to wszystko zgodę.
- Jay, nie mogę mówić ci wszystkiego tak od razu. Zobaczysz w swoim czasie – przesunął palcami po jednym z plików kartek, gdzie znajdowały się dane Jareda. Coś przykuło jego uwagę. - Jestem pewny, że będziesz zadowolony. Ale teraz… mam wyniki.
- Wyniki? Czego? Krwi? – prychnął pod nosem, patrząc lekko poirytowanym wzrokiem na Aidena, który wyciągnął kartkę z teczki z jego nazwiskiem. Patrzył najpierw tępo w jeden punkt przed sobą, a potem czekał aż Aiden przestanie drapać się po głowie. Chyba wiedział, już jakie ma wyniki.
- Nie krwi, Jay, nie krwi. Chociaż przyjmowane dawki leków, które bierzesz są stopniowo zmniejszane, musisz przejść całkowity proces detoksykacji.
- Podajecie mi prochy? – uniósł brwi, nie rozumiejąc kompletnie o czym Aiden mówi. – Naprawdę? Jesteście śmieszni, cholernie, ha-ha-ha.
- Nie prochy, tylko leki, które mają efekt podobny do amfetaminy i są stopniowo zmniejszane pod moim okiem. Do sierpnia zejdziemy do całkowitego zera, nigdy nie paliłeś fajek? Ograniczanie, zmniejszanie dawek, tak wygląda cała procedura twojego leczenia i ja tu jestem od wydawania poleceń – powiedział twardo, stukając kartkami o blat biurka. Jared czekał co jeszcze ma mu do powiedzenia, ale do końca nie rozumiał też, o jakie wyniki może mu chodzić. Miał pobieraną krew codziennie, co dwa dni stawiał się w jego gabinecie tak samo jak dzisiaj, a w inne dni albo miał chwilę dla siebie, gdzie przeważnie spał albo musiał udać się na jedną z wielu terapii grupowych.
- To… o co chodzi z moimi wynikami? Umieram?... Naprawdę umieram? – uśmiechnął się krzywo, a Aiden miał ochotę wywrócić oczami do góry.
- Nie umierasz, gwarantuje. Ale – zawahał się chwilę, patrząc ponownie na kartę Jareda – mam coś innego. Długo się zastanawiałem, czytałem twoją poprzednią kartę choroby i wtedy potraktowali cię dosyć surowo. Wyleczyli, owszem, byłeś czysty… -
- Całe sześć lat, od dziewięćdziesiątego dziewiątego do dwa tysiące piątego – przerwał mu, wchodząc w słowo.
- Dokładnie dwudziestego września tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego dziewiątego roku wypuszczono cię z tego samego zakładu co jesteś teraz. Spędziłeś tu miesiąc, może to zbyt krótko albo lekarz, który cię prowadził uznał, że tego nie wymagasz. W końcu byłeś tu pierwszy raz – mówił, a Jared naprawdę zaczynał się w tym gubić, o co w tej chwili może chodzić. Aiden nie zwracał na niego zbytniej uwagi, kiedy marszczył swoje brwi i chciał się odezwać, tylko tak samo jak wcześniej mówił dalej swoje. – Ale teraz trafiłeś tu po raz drugi i z tym samym problemem; nie jesteś nagle alkoholikiem tylko ciągle narkomanem. Zrobiłem pewne testy, musiałem poznać przyczynę, że zacząłeś brać.
- Ale mówiłem już, życie, świat i wszystko co było w mojej głowie zaczynało mnie przytłaczać i nawarstwiać się i musiałem gdzieś znaleźć ujście swoich problemów. Dragi wyciszały mnie, zapominałem o połowie męczących mnie spraw, nie miałem tyle destruktywnych myśli w głowie, nie robiłem tyle głupich rzeczy, nie byłem taki narwany…
- Dokładnie, ja to wszystko wiem, nie musisz mi przypominać – popatrzył się krótko na niego z delikatnym uśmiechem. – Dlatego na samym początku kazałem wypełnić ci pewną ankietę, pamiętasz? – Jared pokiwał potakująco głową w odpowiedzi na jego słowa. – Potem przeprowadziłem z tobą krótki wywiad. Przeanalizowałem podobny, który udzieliłeś te kilka lat temu. I nagle, wierz mi, wszystko stało się jasne.
- Hmm, wydaje mi się, że ja może rzeczywiście umieram, a ty robisz mnie w konia – Aiden uśmiechnął się, kręcąc przecząco głową.
- Nie, nie masz racji. Po prostu zostałeś w końcu dobrze zdiagnozowany, to tyle.
- Jestem ćpunem, czego chcieć więcej? – zapytał, opierając się plecami o krzesło i odchylił się na nim do tyłu. Uniósł brwi i liczył, że Aiden przejdzie w końcu do rzeczy. Ten chrząknął, kładąc łokcie na biurku i splatając ze sobą dłonie.
- Jesteś, ale musiała być jakaś przyczyna, że nim się stałeś. To nie wzięło się znikąd. Jared – zmienił ton głosu. – To wszystko co popchnęło cię do tego, że pierwszy raz wziąłeś, wciągnąłeś, zapaliłeś, obojętnie, to miało przyczynę tylko w tobie. W środku ciebie. Nawet osoby, które w tamtym czasie to wszystko ci udostępniały, one nie były powodem tego, że zacząłeś się staczać. Powód to tylko ty sam, wiesz czemu? - spytał, chociaż i tak przecież już znał na to odpowiedź. – Bo występuje u ciebie jedno z zaburzeń osobowości typu B.
- Co? Chyba kpisz… nie zrobicie ze mnie czubka!
- Ale kto mówił, że jesteś czubkiem, Jay, uspokój się – Jared prychnął pod nosem, zaciskając zęby. Aiden wyczuł, że jest zdenerwowany. – Masz „osobowość chwiejną emocjonalnie typ impulsywny”, jeśli chcesz znać pełną książkową nazwę. To nie koniec świata, to tylko przyczyna twoich uzależnień. Jay, co robisz? – spytał, patrząc jak Jared zaciska to na zmianę rozprostowuje swoje pięści. Wciągnął powietrze przez usta i zacisnął zęby. Potem odchylił głowę do tyłu, trzymając się krzesła.
- Super, w końcu wiem kim naprawdę jestem – podniósł głowę i usiadł normalnie – w środku.
- Naprawdę?
- Nie, kurwa, Shannon miał rację, jestem pieprzonym świrem – odepchnął się i wstał na równe nogi, chcąc jeszcze coś powiedzieć, ale po chwili uznał to za zbędne. Popatrzył jeszcze krótko na Aidena, potem na kartę, którą trzymał w dłoniach i jeszcze raz prychnął, odwracając się i zmierzając w kierunku drzwi.
- A ty dokąd? – Aiden wstał z miejsca i okrążył biurko w swoim gabinecie. Jared zatrzymał się w momencie, kiedy chciał nacisnąć na klamkę. – Przecież jeszcze nie skończyliśmy.
- Na dziś mam dość. Muszę odpocząć – nawet na niego nie patrząc, przycisnął za klamkę, która ustąpiła. Teraz naprawdę chciał zostać sam.

Dwa dni później, Aiden znowu zapukał i wszedł do pokoju, gdzie na łóżku leżał Jared. Już wiedział, że coś znowu od niego chce, ale on przyszedł w zupełnie innej sprawie. Uśmiechnął się serdecznie i poprawił swoje bordowe okulary na nosie.
- Jared, masz gościa. Chodź, zaprowadzę cię – machnął w jego kierunku, żeby w końcu wstał i ruszył się z miejsca. Popatrzył na lekarza zmrużonymi oczami, przypominając sobie, że Aiden mówił mu o tym, kiedy był ostatnim razem w jego gabinecie. Odetchnął, nie wiedział kogo może się spodziewać. Mógł być to Shannon, mogła być to Sonia, mógłbyś to ktokolwiek, a mógł tak samo być to ktoś kogo w zupełności się nie spodziewał.
Lekko zacisnął dłonie i stawiał równe kroki, chcąc dogonić Aidena. Szedł za nim, patrząc jak poły jego białego fartucha szeleszczą z każdym jego krokiem.
- Aiden, kto to jest? Powiesz mi wreszcie? – Jared dogonił go, a potem chciał już zatrzymać go, kiedy ten otworzył przed nim drzwi. Na początku spojrzał na lekarza, żeby w końcu mu coś odpowiedział, a potem dopiero przeniósł swój wzrok na to, na co patrzył Aiden. Zamrugał zaskoczony, spodziewał się, że to Shannon przyjechał albo Tomo. Ewentualnie Matt, aby pogadać, ustalić co dalej, co mają robić. Ale jednak była to osoba, o której ostatnimi czasy myślał nieprzerwanie. Prawie tak jakby żadna inna nie istniała na tej planecie, a cała reszta ludzi była nieważna. Jak gdyby wyparowali; wszystkie myśli płynęły przecież tylko do niej. Nie mógł się z nią skontaktować, chociaż bardzo chciał. A teraz Aiden otworzył przed nim drzwi stołówki i mógł zobaczyć, że na jego widok automatycznie się podnosi.
Sonia miała na sobie niebieską sukienkę i białe conversy; wyglądała tak zdrowo i promiennie, jej skóra była opalona na delikatny brąz, a kasztanowe włosy błyszczały w słońcu. Odetchnął. Czuł się dziwnie, bo on sam wyglądał jak kupa nieszczęść, a ona była jego przeciwieństwem. Ale odkąd się tu znalazł, nie poczuł się tak dobrze, kiedy ją zobaczył. Była jego mrokiem, światłością i wszystkim tym na co on sam się składał.
- Przyszłaś…
- Jay, już dłużej nie mogłam siedzieć w domu, kiedy ty jesteś tak niedaleko – zaczęła. – Widzieliśmy się w szpitalu, potem trafiłeś tutaj. Shannon zajął się mediami, managerem i wszystkim. Nic nie wiedzą, a twój lekarz też nie może nic mówić. Dzwoniła Emily –
- Co chciała? – spytał, wiedząc, że wiadomości dotarły też do Paryża. Chociaż była w Europie nie umiał zatrzymać tej fali, która się niosła. Mimo to, że w Paryżu było całkiem inne życie, ona sama nie była z nim tak blisko jakby chciał, wiedział, że prędzej czy później dowie się o wszystkim.
- Pytała czy… czy żyjesz, tak, tylko tyle. Więcej mi nie powiedziała. Miała dziwny głos… potem mówiłam jej, że wszystko gra, nie chciałam jej martwić, ale… ona spytała czy to ten sam ośrodek co wtedy. Jay, Emily się wszystkiego domyśliła. Wcale się nie zdziwię, jak zamówiła pierwszy, lepszy lot do Los Angeles.
- Niech zostanie w Paryżu, zatrzymaj ją w tym cholernym Paryżu... Ona mnie zabije – jego ciało ogarnęła dziwna panika, ale musiał się szybko uspokoić.
- Jay, długo myślałam…
- Chcesz powiedzieć, że –
- Daj mi dokończyć – przerwała mu, tak jak on jej wcześniej przerwał. -  Nawet nie wiesz o czym chce mówić. Spójrz na siebie – złapał ją za dłoń, kiedy siedzieli naprzeciwko siebie. Dzielił ich tylko stolik, ale czy chciała, czy nie musiał jej dotknąć. Nie wiedział też ile mają czasu, którego nawet nie starał się liczyć. Wydawało mu się, że ktoś stoi za drzwiami i słucha, ale przecież nie zrobiliby im tego, żeby ich podsłuchiwać. Jared ścisnął jej drobną dłoń, widząc, że ma na palcach obrączkę. Tak samo jak on. Od ostatniej rozmowy z Aidenem nie ściągnął jej już w ogóle, czuł ją na swojej skórze i przypominała mu o tym, że jest wciąż jeszcze ktoś, kto czeka. – Czy tak wyobrażałeś sobie to wszystko?
- Nie wyobrażałem sobie tego wcale. To po prostu się dzieje…
- Potrafisz to zatrzymać? Albo inaczej… czy chcesz? – spytała patrząc w jego niebieskie oczy, które były szeroko otwarte. Wpatrywał się w nią uważnie, nie mogąc zrozumieć tego, że dał się tak bardzo ponieść wszystkim swoim uzależnieniom i pragnieniom, by móc ją stracić. Teraz mógłby zacząć żałować, ale patrzył w jej oczy z sobie znaną intensywnością.
- Kochanie, nie będę mówił ‘że to nie tak jak myślisz’ albo ‘że ja już nie chcę’. To się stało i już tego nie zmienię…
- Jay, ale to jest tylko w tobie… tylko…
- Wiem, muszę zacząć na nowo. Ja to wiem, to jest ze mną i we mnie, muszę to pokonać. Inaczej… naprawdę, ja wiem, rozumiem, ale – gubił się we własnych słowach, odwracając na moment wzrok. Spojrzał przez okno, które znajdowało się po prawej stronie od niego i nie wiedział co ma dalej mówić. Tyle złamanych obietnic, tyle niespełnionych życzeń, tyle wszystkiego co mówił nigdy nie pokryło się w rzeczywistości tylko stało się wręcz odwrotnie. Chciał jej zapewnić, że teraz w końcu przejrzał, że już rozumie, że on przecież w końcu naprawdę wie, co się stało, ale nie wiedział, czy to ona będzie chciała go jeszcze słuchać. – Ale pozwól mi zacząć na nowo, z tobą, my razem nie osobno, rozumiesz? Myślałem tak długo… jesteś dla mnie wszystkim. Bez ciebie nie wiem jak mam żyć, to ty nadajesz mojemu życiu sens, ty sprawiasz, że chce mi się dalej robić to wszystko, naprawdę, ja już nie mam siły więcej udawać… ale gdyby nie ty, byłbym skończony…
- Myślisz, że mamy jeszcze jakąś szansę? – patrzyła na niego, a Jared wziął jej dłoń i przyłożył sobie do policzka. Odetchnęła, nie wiedząc co robić. Nie tak sobie to wszystko zaplanowała, nie tak, żeby teraz odwiedzać go w takim miejscu jak to. Nie tak miało to wszystko wyglądać, w zasadzie teraz uważała, że wszystko, ale to wszystko było nie tak. A oni są coraz dalej siebie, jednocześnie będąc tak blisko.
- Myślę, że to nie zależy już ode mnie.
- Czy ty mówisz, że… Jay, wiesz jak jest… żyć z tobą jest ciężko, ale –
- Bez ciebie też. – Zacisnął zęby, nie chcąc dopuścić do tego, żeby mogła dokończyć. Chciał ją zatrzymać, nie pozwolić jej odejść, chciał ją mieć tak bardzo, namacalnie i duchowo, że teraz nawet był gotów paść na kolana, żeby nie robiła niczego, co mógłby nazwać ich końcem.
- Tak, dokładnie tak – powiedziała szeptem, otwierając torebkę. Wyswobodziła dłoń z jego uścisku i spuściła wzrok, nie mogąc znieść jego spojrzenia. – Ja już dłużej nie mogę, myślałam… tak samo długo, o tym co jest dobre a co złe. Podjęłam decyzje.
- Jaką? – nie musiał pytać, mógł się domyślić. Przecież widział, jak wyciąga kartkę, którą ma złożoną na pół. Już wiedział co na niej jest, ale wciąż się łudził. – Jaką decyzję, o czym ty mówisz? – podsunęła mu ją, unosząc głowę. Patrzyła na jego twarz i mógł dojrzeć, że jej oczy błyszczały od zbierających się łez. – Jaką do cholery?! – wstał nie mogąc już znieść tej ciszy i tego, że ona wcale się nie odzywa. Sonia siedziała i oddychała powoli, cofając dłoń. Przykucnął przy niej, łapiąc jej obie ręce. – Proszę, powiedz mi, co ty robisz?
- A może to ja powinnam spytać: co ty zrobiłeś, Jay? Co ty najlepszego zrobiłeś?... – trzymał jej dłonie, kładąc głowę na jej kolanach i wciągając powietrze. Chciał sprawić, żeby czas się zatrzymał. To nie mogło się tak nagle wszystko zmienić.
- Nie możesz, nie pozwalam – chciała się podnieść z krzesła i wyjść, ale Jared wciąż ją trzymał. Teraz stali naprzeciw siebie, mierząc się na spojrzenia. Nie mógł się bać, że zobaczy tam pustkę. Ona wciąż go kochała. Tego był pewien. Ale też zrozumiał, że miłość nie wystarcza. W ich wypadku miłość już nie wystarczała. – Co ty robisz… powiedz mi…
- Jay – zaczęła, czując, że słowa przechodzą jej ciężko przez gardło. – Właśnie się z tobą rozwodzę.
- To nieprawda, ty kłamiesz! – złapał ją i chciał ją trzymać tak mocno, jak potrafił. Patrzyła na niego, obejmując go i kładąc mu głowę na ramieniu. – Odwołaj to!
- Wiesz, że cię kocham, przecież wiesz to, ale my dłużej nie możemy ze sobą być.
- Dlatego chcesz się rozwieść? Skarbie, tak bardzo cię kocham… - przytulił się do niej, czując jej ciepło. Była taka drobna w jego ramionach, a jej włosy przyjemnie łaskotały twarz. Sonia odsunęła się, zadzierając głowę do góry, by potem wspiąć się na palce i złożyć na jego wargach delikatny, subtelny pocałunek.
- Żegnaj, Jay – powiedziała i wyminęła go, zaskoczonego. Przeszła kilka kroków i następnie zamknęła za sobą drzwi. Wpatrywał się w jej plecy jak coraz bardziej się oddalają, a potem widział ją przez okno jak idzie, ukradkiem ocierając oczy pełne łez.
- Kurwa, niech to wszystko trafi szlag, kurwa mać! – wrzasnął, waląc pięścią w stół, aż poczuł nieprzyjemny ból. Bolało. Już nie tylko fizycznie, choć widział spore zaczerwienienie, ale też psychicznie. Bolało tak bardzo, że on już nie wiedział czy zna ten rodzaj bólu, czy to całkiem coś innego. Bolało tak mocno, że czuł jak krew pulsuje w żyłach, jak zdaje sobie sprawę, że to już się stało, a on nie może temu zapobiec. Bolało, jak diabli, a on wiedział, że to całkiem coś innego, że to w zupełności inny rodzaj bólu.
Bolało.
Stracił ją.
W każdy możliwy sposób.

*
10. marca 1977r., Warszawa, Kraków, Polska.

Zanosiło się na najzimniejszy marzec w historii. Jeżeli nie w historii to przynajmniej w pamięci dwudziestojednoletniej, rudowłosej dziewczyny. Teresa stała chwilę na dworcu w Warszawie, który był niebywale zatłoczonym miejscem. W powietrzu unosił się zimny wiatr, który mieszał się z wciąż padającym śniegiem.
Wyglądała normalnie, swoje długie, kasztanowe włosy zaczesywała za uszy, by potem zostały znowu rozwiane przez wciąż nasilający się wiatr. Patrzyła przed siebie, mrugając powiekami i trzymając w dłoniach bilet na pociąg pośpieszny do Krakowa. Wracała do domu. Z dalekiego kraju. Zza oceanu, gdzie miała zmienić swoje szare życie, które wiodła w Polsce. Ale choć myślała, że tak będzie, a wymiana studencka, na którą załapała się jako najlepsza studentka będzie dla niej nagrodą, a nie przekleństwem, stało się. Na początku owszem, wszystko było na swoim miejscu. Nowy Jork pochłonął ją do tego stopnia, że sama nie zdała sobie sprawy, że rzeczywiście potrafi osiągnąć coś z niczego. Do czasu. Wszystko trwało do czasu, gdy Mark, którego poznała na jednej z imprez nie okazał się zwykłym kłamcą, sprzedającym jej tanie bajeczki o tym, że jest miłością jego życia, mając żonę. Tak w istocie było, on był dla niej uzależnieniem, czymś co nie zdarza się dwa razy. Ich znajomość była zbyt intensywna, żeby mogła zakończyć się szczęśliwie.
Teraz czekając na pociąg, który miał podjechać za pięć minut, przykrywała się dokładnie rozpiętym płaszczem. Była zmęczona, wystraszona i odrobinę zła. Na siebie, że tak wszystko się stało, na los, że musiała wrócić, bo wiedziała, że sobie sama już nie poradzi w Stanach. To nie tak miało wyglądać, żeby teraz musiała stać na dworcu w Warszawie i zakrywać się swoim siwym płaszczem przed natarczywym spojrzeniem innych ludzi. Może jej się tylko wydawało, że patrzą, a może rzeczywiście tak było. Bo co mogła robić młoda dziewczyna, sama w stolicy i to jeszcze z dziewięciomiesięcznym brzuchem?
Odkąd się dowiedziała, uznała to za żart. Bardzo nie śmieszy. Później stwierdziła, że może jakoś da się żyć, że dziecko w jej wieku to nie koniec świata. Przecież Mark wciąż zapewniał, że ją kocha, a ona tak ślepo mu wierzyła. Wtedy była tylko głupia i naiwna, a teraz wracała do Krakowa w ciąży.
Pociąg podjechał i wytoczyła się z niego cała chmara ludzi. Weszła do przedziału i zajęła swoje miejsce. Wbiła wzrok w okno, ignorując siedzących obok niej pasażerów. Małżeństwo po pięćdziesiątce rozmawiało o czymś mało konkretnym, a siedząca zaraz naprzeciwko niej kobieta - zapewne jedna z tych sztywnych prawniczek - ubrana w dopasowaną garsonkę, pisała coś szybko w swoim notatniku. Teresa nie przyglądała im się zbytnio, myśląc o tym, czy jak już wysiądzie na głównej stacji w Krakowie, będzie gotowa na to, co przyszykowało jej życie.
Odetchnęła. Tak jakby razem z tym wydechem miały ulecieć z niej wszystkie troski i smutki. Jakby miała poczuć się lepiej, żeby jej złamane serce mogło się na nowo odbudować. Ale tak się nie stało. Osiem godzin później wysiadła z pociągu, wiedząc, że już naprawdę wróciła. Dziecko było niespokojne, bolał ją kręgosłup i czuła te wszystkie koszmarne, ciążowe dolegliwości. Nie miała pojęcia dlaczego jej brzuch jest tak duży, jakby co najmniej zjadła piłkę. Ktoś śmiało mógł pomyśleć, że nosiła bliźniaki, a była to tylko pojedyncza ciąża. W Krakowie śnieg padał tak samo, jak w Warszawie i przez moment zastanawiała się, czy ta zima kiedyś się skończy. Ale teraz problem ciągnącej się zimy był ostatnim co zaprzątało jej głowę. Musiała urodzić dziecko i wrócić do Ameryki. Nie mogła zostać w Polsce, to miejsce jest w zupełności nie dla niej.

Jej historia zaczęła się tak samo jak reszta podobnych historii, gdy krótko przed północą dnia piętnastego marca, krótki krzyk niemowlęcia przebił powietrze w jednej, szpitalnej sali. Teresa jeszcze nie wiedziała co do końca się dzieje, czuła tylko silny ból i chciała, żeby jak najszybciej minął. Myślała przez moment, że może tutaj zakończą się ich wspólne losy, w jednym z krakowskich szpitali, kiedy powie, że nie chce tego dziecka. Ale miesiąc po miesiącu, gdy była niemal pewna, że dziecko, które nosiła pod sercem będzie dla niej tylko ciężkim balastem, wciąż wahała się czy robi dobrze. Dopóki coś się nie zmieniło. Pielęgniarka podała jej zawiniętego noworodka, który wciąż był lekko opuchnięty. Zawirowało jej w głowie. To, że Mark ją zostawił nie znaczyło, że ona ma zostawić też swoje dziecko. Była zwykłą, głupią dziewuchą myślącą, że mała dziewczynka, którą trzyma w ramionach stanie się problemem, którego należy się pozbyć.
Chwilę potem otworzyła oczy. Bystre, jasne dziecięce oczy wpatrywały się w jej zielone i mimo to, że przypominały jej odrobinę o jego oczach, już wiedziała, że musi zmienić zdanie. Nie potrafiłaby zostawić jej na schodach jakiegoś sierocińca. Przecież nie mogła. Nie była aż taką suką. Gdy ich spojrzenia się spotkały, już była pewna, że oddając ją popełniłaby największy błąd życia. Musiała dać radę. Przecież oddanie jej gdziekolwiek nie było żadnym rozwiązaniem.
Mijał miesiąc za miesiącem, rok po roku, a jej oczy przypominały Teresie o tym, co odeszło. Ale nie wywoływały już żadnego bólu. Pogodziła się z tym, że tak musiało po prostu być. Przecież wróciła do Krakowa, jego tu już nie znajdzie. Nazywała ją swoim promyczkiem, który nigdy nie gasnął. Pozwalała jej biegać w splątanych włosach albo zaplata je w dwa warkocze, które luźno spływały po jej drobnych plecach. Była wszędzie tam gdzie powinna być i jednocześnie tam, gdzie nikt jej nie oczekiwał. Sonia była dla Teresy skarbem, jedynym i w całości jej, który kiedyś chciała oddać. Przez wiele miesięcy nie mogła wybaczyć sobie żadnej z tych okropnych myśli, którą kierowała do niej, gdy dopiero się dowiedziała, że jest.
Później coś się zmieniło. Minęło zaledwie kilka lat, a Teresa poczuła, że dłużej tego nie zniesie. Choć mogła zostać w Polsce, mogła budować tu przyszłość dla siebie i swojego dziecka, nagle coś runęło. Nie pamiętała dokładnie jak Kraków stał się obcy, a policja wyszła na ulice. Wtedy postanowiła przeczekać, a gdy wszystko ucichło, wróciła do Stanów.
Nagle z małej dziewczynki, którą wciąż dla niej była Sonia, zrobiła się prawie dorosła dziewczyna. I siostra. Teresa wyszła za mąż dwa lata po powtórnym przylocie do Nowego Jorku, a potem pojawiła się Susannah. Maleńka, ciągle płacząca i wymagająca całej jej uwagi. Sonia patrzyła na nią z boku, na początku nie rozumiejąc kim ona jest i dlaczego tak nagle stała się w centrum uwagi. Miała tylko pięć lat i musiała teraz być dla niej miła, nie mogła jej zaczepiać i mimo ciągłych sprzeciwów, gdy podrosła, nie robić jej na złość. Tego od niej wymagali, a Susannah chodziła za nią krok w krok. Stały się niemal nieodłączne, będąc tak bardzo różne od siebie. Wydawało się, że nawet jeśli na początku Sonia podchodziła do Susannah z dystansem, teraz nic nie mogło ich rozdzielić. Śpiewały, rysowały, układały zamki z piasku i pilnowały się nawzajem, będąc przykładnymi siostrami, które leżały na jednym łóżku i snuły własne fantazje, patrząc na obklejony plakatami sufit.
Prawdziwe zmiany nie zaczęły się, gdy Susannah się urodziła. To stało się odrobinę później, a czas wtedy przyśpieszył jakby z dwa razy. Już nie spinała swoich kasztanowych włosów w kucyki i nie splatała ich w warkocze. Raptownie odrzuciła wszystkie wcześniejsze sprawy i zainteresowania, by oddać się czemuś innemu. Zmieniła się, urosła, jej rysy się wyostrzyły i już nie przypominała tej dwunastoletniej dziewczynki, którą przecież była tak niedawno.
Teresa patrzyła na swoją córkę, nie mogąc uwierzyć, że jest do niej tak podobna. Prawie jakby ktoś zdarł z niej skórę i zrobił trochę mniejszą i młodszą wersję. Susannah miała jej oczy, ale to Sonia była jej idealną kopią. Nawet tak samo skręcały jej się włosy. Później jej mała dziewczynka stała się duża i zaczęła zadawać zbyt skomplikowane pytania, choć brzmiały tak prosto. Nie wymagała szczegółów. Chciała tylko znać prawdę. Chciała znać nazwisko jej ojca i dlaczego odszedł.
Teresa już wiedziała, że coś się zmienia i poczuła ten sam dziwny rodzaj strachu, który czuła, gdy zrobiła test ciążowy. Zakopała w sobie pamięć o Marku, nie chciała do tego wracać, to było zbyt odległe i prawie już niewidoczne, a ona musiała za wszelką cenę znać prawdę. I powiedziała jej, choć kosztowało ją to zbyt wiele sił; czuła się tak, jakby przebiegła maraton, a ona tylko przecież mówiła. To był tamten wieczór, gdy postanowiła zmierzyć się z własną przeszłością i wyrzuciła to wszystko z siebie, czując jakąś dziwną ulgę. Stało się, powiedziała to, już nie może cofnąć słów. A potem wszystko zaczęło się zmieniać; jej mała córeczka wyjechała od niej, opuściła ją na długie lata, robiąc karierę, o jakiej Teresa nigdy nie mogłaby nawet marzyć. Patrzyła jak wspina się na szczyty, jak coraz bardziej staje się rozpoznawalna, oddalając się od niej coraz bardziej i bardziej.

20. czerwca 2006r., Nowy Jork.

Przekroczyła próg nowojorskiego mieszkania, które znała aż za bardzo. Nie wiedziała dlaczego postanowiła akurat tutaj wrócić. Nie miała najmniejszego pojęcia, czy Nowy Jork przywita ją w jakikolwiek sposób serdecznie. Miała ze sobą tylko walizkę, którą spakowała następnego dnia, kiedy wróciła od Jareda. Nie mogła już dłużej być w tych czterech ścianach – przypominały jej o wszystkim, każdym wypowiedzianym słowie, geście i tym, co tak naprawdę między nimi się stało. Nie miała już siły, żeby patrzeć się na to wszystko, bo zbyt dobrze wiedziała, że na jej miejscu każdy postąpiłby tak samo.
Uniosła swoje oczy zaraz po tym, jak na podłodze zobaczyła drogie szpilki. Wiedziała, że nie należą do jej matki, bo ona takich nie nosiła. Chociaż nie widziała jej kilka lat, musiała przyznać, że jeszcze pamięta, że Teresa nie lubiła zbyt bardzo się stroić i ubierała się dosyć powściągliwie. Jedyną osobą, która nosiła w tej rodzinie Louboutiny była Susannah. Najpierw nie wiedziała czy zostać, czy wracać, czy chce z nią rozmawiać, ale chyba powinna. Nie widziała jej odkąd opuściła Nowy Jork, a Susannah była jeszcze nastolatką. Przecież mogły w końcu żyć w zgodzie, a nie walczyć ze sobą, bo przecież nie miały w zasadzie o co. A teraz była gotowa się z nią pogodzić. Naprawdę, myślała, że może im przyjść to łatwo. Przecież żadna z nich nie wiedziała co u drugiej się wydarzyło, przez co przeszły, co doprowadziło je do momentu, że właśnie dzisiaj spotykają się u swojej matki i patrzą na siebie nie wiedząc, jak układa się słowa.
- Suze – zaczęła, stojąc w progu i patrząc na nią, jakby widziała ją po raz pierwszy. – Wybacz, byłam taka głupia. Straciłam swoją młodszą siostrzyczkę, bo woda sodowa uderzyła mi do głowy – odetchnęła. – Możesz mnie nienawidzić, możesz… możesz wszystko, ale błagam, odezwij się – wwiercała w nią spojrzenie, nie wiedząc czy Susannah coś powie, czy po prostu nie wstanie z miejsca i nie wyjdzie trzaskając drzwiami. Ale ona siedziała, trzymając kubek z herbatą i patrząc to na nią, to na matkę, która do tej pory nie mogła pojąć, dlaczego nie rozmawiały ze sobą tak długo.
- Nie wiem co musiało cię spotkać, że postanowiłaś przylecieć do Nowego Jorku, ale musi to być coś… wielkiego.
- Może musiało, chyba tak. Ostatnio straciłam zbyt wiele. – Usiadła zaraz obok niej, czując, że one są przecież takie same, nic się nie zmieniły.
- Kochanie… - odezwała się matka, patrząc na Sonię zbolałym wzrokiem. Może wyglądała dobrze, może nie sprawiała wrażenia zaniedbanej ani chorej, ale widziała w niej dziwny rodzaj smutku. Taki sam, jaki ona czuła po rozstaniu z jej ojcem. Dokładnie ten sam.
- Mamo, ja już nie mam siły tam wracać – Teresa wiedziała, że chodzi jej o Los Angeles, a Sonia nie musiała jej tego wyjaśniać. – Chcę zacząć na nowo, tutaj, w Nowym Jorku, tam już nic nie może mnie zatrzymać… tyle mi obiecał i tak samo dużo złamał tych przysiąg, że nie mam już siły, naprawdę czuję się zmęczona.
- Co ten dureń ci zrobił? – spytała matka, a Susannah naprawdę współczuła swojej siostrze, choć nie wiedziała, że jej słowa tak nią wstrząsną. Tęskniła za nią, były przecież siostrami i miały tylko siebie.
- Mamo, chyba powinnam przejrzeć na oczy szybciej, ale później zaszłam w ciążę – Susannah automatycznie spojrzała na jej brzuch, doszukując się choć śladu potwierdzenia – ale straciłam ją, to było prawie rok temu, już nauczyłam się z tym żyć. Potem wzięliśmy ślub, naprawdę było między nami tak dobrze, aż do czasu… wylądował na odwyku, a ja miałam ochotę go zabić.
- Zawsze uważałam, że ci rockmeni to świrusy – wtrąciła Susannah, próbując jakoś odnaleźć się w tej sytuacji. Siedziała koło swojej siostry, z którą nie rozmawiała kilka lat i miała wrażenie, że jest skora jej wszystko wybaczyć, bo zawsze, ale to zawsze brakowało jej, gdy było jej ciężko. A teraz ma okazję w końcu zakończyć wszystkie niesnaski i spory. – Powinnaś kopnąć go w dupę póki masz jeszcze okazję, nie znam go, rozmawiałam z nim dwa razy i to przez telefon. Widziałam nawet ich teledysk, ten w hotelu, gdzie biega w garniaku i odbija piłką od tenisa o ścianę...
- Suze, powinnam to wszystko zrobić już dawno temu, ale –
- Kochasz go, no nie? Córeczko, ty kochasz tego faceta i nic tego nie zmieni, nawet jak będziesz chciała się z nim rozwieść.
- Już złożyłam pozew, mój prawnik zajął się wszystkim, nie chcę dalej się łudzić, to bez sensu – spuściła wzrok na kolana i poczuła czyiś uścisk na ramieniu. Gdy odwróciła głowę myślała, że to może mama, ale dłoń należała do Susannah i choć była ostatnią osobą, którą by o to podejrzewała, po tym wszystkim co było między nimi, to w tym pokoju zdawało się jakby nie istnieć.
- Jesteś moją super starszą siostrą, pamiętasz? Miałyśmy po kilkanaście lat. Zawsze taka byłaś, że dawałaś rade. Teraz też dasz, wiem, że ci się uda… - mówiła, uśmiechając się uśmiechem, który pamiętała sprzed lat. Nie tym, który mogła oglądać na okładkach Vouge’a czy Cosmopolitana. Ten uśmiech sięgał wreszcie jej oczu. – Nie potrafię być dłużej na ciebie zła, wystarczająco zbyt długo to trwało. A teraz wiem, że powinnam być z tobą.

*
Trzy miesiące później, 15. września 2006r., Los Angeles.

Powiedz coś, bo rezygnuję z ciebie. Jesteś jedyną, którą kocham. I właśnie mówię „żegnaj”.*

Jared opuścił ośrodek jeszcze w sierpniu. Był to dokładnie dwudziesty trzeci sierpnia dwa tysiące szóstego roku, kiedy po raz ostatni przekroczył próg swojego pokoju, zebrał wszystkie rzeczy i Aiden z uśmiechem na ustach wyprowadził go przed drzwi. Uścisnął mu dłoń, gratulując, że się nie złamał tylko konsekwentnie spełniał wszystkie prośby, zadania i cały ogrom tego, co musiał zrobić, żeby w końcu uwolnić się ze szponów nałogu. Udało mu się to wszystko, bo gdyby nie on sam, nie mógłby nikomu innemu dziękować, chociaż przecież też musiał.
Shannon przyjechał po niego, mimo to, że go nie prosił. Zaparkował zaraz przy samej bramie, nałożył okulary na nos, pociągnął kaptur jeszcze niżej, żeby nikt nie mógł go rozpoznać. A potem zastanawiał się dlaczego jego brat jest takim durniem, chociaż ma to wszystko na swoje życzenie. Przecież nikt mu nie kazał, nikt od niego niczego nie oczekiwał, to on sam wybrał to, że znalazł się w takim miejscu, żeby teraz je opuszczać. Ale Jared już był pewien. Był pewien jak kilka lat wstecz, gdy wymyślił sobie, że zostanie sławny i jego muzyka będzie nie tylko grać w nim samym. Postanowił, że już nigdy i obojętnie co by się nie działo, nigdy w świecie nie wyląduje tu ponownie. Już wiedział, że to wszystko jest w nim samym i to bardzo głęboko, to wszystko co spowodowało, że się tu znalazł, to tylko jego wina i on nie może już więcej stracić nad sobą tak bardzo kontroli. To wszystko masz w swojej głowie, lepiej żebyś wstał i wyszedł.**
Shannon po uzgodnieniu z Mattem i Tomo postanowił, że nie będzie już dłużej szukał nowego wokalisty, a Jared wróci do zespołu. Nie mogli przerwać kolejnej trasy koncertowej, która miała zacząć się niedługo. Welcome to the Universe, rozpoczynało się już siedemnastego października i wszyscy razem mieli wrócić do Minneapolis. W zasadzie też nie umiał zrobić tego swojemu bratu, gdy dowiedział się, że w najbliższym czasie musi stawić się na pierwszej rozprawie rozwodowej. Doskonale zdawał sobie sprawę, że zespół jest dla Jareda teraz już wszystkim co ma, a odbierając mu nawet to, sprawi, że on sam może stracić brata na zawsze. Shannon trochę się wahał, trochę mu współczuł, trochę z nim o tym rozmawiał, ale za każdym razem był pewny swoich słów: masz to wszystko na własne życzenie.
Potem pod koniec sierpnia, razem z Amy Lee, Jared poprowadził VMA MTV, na którym wypadł tak przekonująco, że nikt nie zadawał żadnych pytań. Zrobił to profesjonalnie, bez żadnych improwizacji, niepotrzebnych udziwnień. Był taki jakiego go zapamiętali, przed tym jak zniknął na długie miesiące i nikt nie wiedział co się z nim dzieje. VMA MTV dodało mu skrzydeł; zgarnęli nagrodę za ‘The Kill’ w kategorii MTV2 i Jared przez chwilę myślał, że nie spieprzył wszystkiego.
I teraz zastanawiał się, siedząc w swoim mieszkaniu, które wciąż wyglądało jakby dopiero się wprowadził, czy może to zrobić, czy może wydać na to zgodę. A może ma się zbuntować, nie chcieć tego robić, odłożyć wszystko w czasie, bo to nie mogła być przecież prawda. Pozew rozwodowy palił go w palce, a jego treść już znał na pamięć. Nie chciał tam iść, tak bardzo nie chciał tam iść i patrzeć się w twarz tych ludzi, co chcą zakończyć coś, co miało nigdy nie doczekać końca.
Tamtego dnia, już postanowił, choć nie wiedział jeszcze o tym tak zupełnie. Nie chciał tam iść, nie chciał i zrobił potem wszystko, że rzeczywiście nie pojawił się w tym sądzie, chociaż miało się to zakończyć właśnie teraz.
Nie umiał, tak bardzo nie umiał pozwolić, by właśnie nadszedł ten moment.
Chociaż dostał potem telefon; jeden, krótki, pełen pretensji.
- Dlaczego to zrobiłeś? Czy raz nie możesz mnie posłuchać? – usłyszał w swojej słuchawce i nie odzywał się. Nie wiedział co ma mówić. – Jay, proszę, zakończmy to i nie utrudniaj tego. Po prostu stało się – powiedziała, a w nim coś się zagotowało. Potem uznał, że może jak mówił Aiden jego zaburzenia wychodzą na wierzch. Teraz już przynajmniej wiedział, dlaczego czasem zachowuje się tak... specyficznie. Dokładnie nie potrafił znaleźć innego słowa, ale w tej chwili nie o tym myślał.
- Po prostu stało się? – spytał, zaciskając zęby. Było mu źle, czuł się podle jakby ktoś wcześniej go zlał, ale teraz jeszcze usłyszał jej głos i nie wytrzymał. – Dla ciebie „po prostu stało się”?! NAPRAWDĘ?! – chciał krzyczeć, walić pięściami, ale siedział przy stole i zaciskał pięść lewej ręki. Gdyby miał odrobinę dłuższe paznokcie to pewnie przebiły by skórę. – Naprawdę, naprawdę, naprawdę, naprawdę?!
- Skończ, dobrze wiesz, jak jest – Sonia odpowiedziała mu normalnie, a jego spojrzenie przeniosło się na kartkę, która leżała przed nim. Pozew rozwodowy. Miał ochotę na niego napluć. – I przestań krzyczeć. Widziałam waszą trasę koncertową, kolejna rozprawa będzie w któryś dzień jak nie grasz żadnego, cholernego koncertu.
- Nie przyjadę, nie zobaczysz mnie, nie myślę wracać do Los Angeles, kiedy nie muszę, naprawdę nie muszę, rozumiesz?
- Musisz, Jay – powiedziała twardo. Zgrzytnął zębami, czuł dziwne prądy, gdy o raz za dużo to zrobił. – Nie masz wyboru.
- Ależ oczywiście, że zawsze mam wybór – powiedział już spokojnie, mrugając powiekami. Miał dość, chciał zakopać się pod ziemię. Żywcem. – Po prostu nie przyjadę. Dobrze o tym wiesz. Bez mojej zgody nie dostaniesz tego rozwodu.
- Jay, proszę – jej ton głosu już się zmienił i miał ochotę ujrzeć jej twarz. – Nie utrudniaj, to jedyne co możesz zrobić.
- Gdzie jesteś? Co robisz? Dobrze się bawisz? – spytał, nie wiedząc czy w ogóle dostanie na te pytania jakąkolwiek odpowiedź. – Bo u mnie jest tak cholernie pusto, ta cisza aż boli.
- Jeśli coś ci to pomoże to jestem w Nowym Jorku i błagam, daj mi spokój. Przecież wiesz, że to już nie ma sensu, to wszystko skończone.
- Nieprawda.
- Pogódź się, przecież nie jestem –
- Jesteś, zawsze byłaś i będziesz, rozumiesz? Nie ma nikogo, kurwa, nie ma nikogo innego…
- Jay – wzięła oddech, Sonia naprawdę miała dość tej rozmowy. Chciała zakończyć to po ludzku i w jakieś względnej zgodzie, ale jak widać się nie dało. Po prostu się nie dało. – To moje ostanie życzenie, bądź w drugim terminie. – I się rozłączyła.
Uspokoił oddech, wstrzymał go. Poprawił się na krześle i zamknął oczy. Nagle poczuł się tak, jakby został na tej planecie sam, on jeden, tylko on. Nikt więcej. Ucichł cały gwar, który wydobywał się zza okna, nie słyszał w zupełności nic. A potem przywołał w wspomnieniach jej roześmianą twarz i prawie czuł, jak jej ciepłe ciało przylega do jego ciała.
Potem dopiero zaczął rejestrować, gdy ułożył swoje palce na klawiszach pianina i grał jakąś pierwszą, lepszą melodię. Przez chwilę myślał, że mógłby ją spisać, ale teraz nie wiedział czy ona kiedykolwiek się do czegoś nada. Przymykał oczy, zaciskał usta i po tylu latach, gdy prawie zapomniał, że muzyka może być tak silna, wiedział, że już należy tylko do niej.
Prawie walił w klawisze, czuł jak stykają się mocno z jego palcami, jak dźwięki stają się coraz silniejsze, mroczniejsze i bardziej wyraziste.
Nie było już nic więcej.

13. października 2006r., Hollywood, Los Angeles.

Kathleen stała przed klubem, czekając. Sama nie miała pojęcia na co. Właściwie wiedziała, że czeka na Jareda, bo miała do niego sprawę, która nie mogła poczekać, a upierdliwy ochroniarz nie chciał jej wpuścić za kulisy. Mieli tu jakiś występ, sama nie wiedziała co, nie obchodziło ją to. Ale dowiedziała się, że wreszcie wyszedł z ukrycia i w końcu zaczął pokazywać się światu. Na plotkarskich portalach szumiało, że się rozwodzi, a ona już była pewna, że to przez nią i ich kilka wspólnych nocy, kiedy miał koncerty w Los Angeles.
Była zła, bardzo zła. Czuła, że nie jest dziś sobą, a każdy narkotyk jaki wzięła przed chwilą zaczynał działać ze zdwojoną siłą. Może to przez połączenie z wódką, którą podał jej barman chwilę temu. Patrzył na nią podejrzliwie, ale mimo to, serwował jej kolejne drinki, dopóki nie przestała mu płacić.
- Kathleen - usłyszała, odwracając automatycznie głowę. - Czego chcesz? – wysyczał przez zęby, patrząc w jej oczy, a potem rozglądając się, czy nikt ich nie obserwuje.
- Jared, wisisz mi grubą kasę - zaznaczyła ostatnie słowa. Jared patrzył, chociaż wydawało jej się, że ją ignoruje. - Widziałam, co cię spotkało.
- Co niby widziałaś?
- W L.A. News, mówili o tym, że -
- O czym?!
- Kurwa, o twoim rozwodzie! - zaśmiała się. - Ile to małżeństwo trwało? Pół roku? Nie bądź śmieszny... Pisali też na tych szmaciarskich stronach, że bierzesz rozwód, a nawet nie wiedzieli, że masz żonę.
- Nie będę z tobą rozmawiać - wysyczał, chcąc odejść. Miał dość jej, tej sytuacji i wszystkiego wkoło. A poruszanie przy nim każdego wspomnienia związanego z rozwodem, nie było dla niego zbyt lekkie. Ale Kathleen przypomniała sobie, że ma w swoim płaszczu coś jeszcze. Nie tylko porcje koki, ale rzecz, co pozwalała jej górować. Już wiedziała, że ma go w garści, a on tak szybko się nie wywinie.
- Ależ będziesz - mówiła, powoli wyciągając maleńki pistolet. Jared nie rozumiał co się dzieje, co jej się stało, że teraz mu grozi.
- Chcesz mnie zabić? - wziął oddech. - Chcesz tego? Za jakieś prochy? Przecież już ich nie potrzebuje, jestem czysty!
- Nie chce cię zabić, dupku. Chce tylko sprawić, że będziesz skomlał jak pies... Przede mną, na kolanach – cedziła przez zęby, patrząc na niego to na pistolet.
- Nie zrobisz tego.
- A dlaczego mam tego nie zrobić? - Kathleen uniosła dłoń z pistoletem przed niego i uśmiechnęła się lekko obłąkanym uśmiechem. Już wiedziała, że jest ponad nim, a on nie może nic zrobić.
- Bo ci nie pozwalam. Słyszysz?! Nie pozwalam!!!
- Myślisz, że ktoś będzie płakał? Ja na pewno nie... Twoja żonka tym bardziej.
- Zostaw ją w spokoju!
- A może mam jej powiedzieć, jak pieprzyłeś mnie na zapleczu klubu po jednym z twoich koncertów? Może mam przypomnieć jej, dlaczego nie odbierałeś wtedy telefonów przez całą noc?
- A może masz się po prostu przymknąć?! - nie mógł znieść tego, co ona mówi. Ich rozwód bolał go do cna, a Kathleen chciała jeszcze bardziej sprawić, żeby nie zapomniał tego bólu.
- Kurwa, jesteś taki żałosny... Miałeś żonę, a pieprzyłeś się z kim popadnie. Powinieneś zgnić w piekle.
- Nie będę słuchał twoich kazań. Odłóż ten pistolet, słyszysz? – chciał jej dotknąć, ale usłyszał tylko trzask, który mógł świadczyć o jednym. Niebieskie oczy Kathleen płonęły i widział w nich coś znajomego. Przypominały mu jego własne, gdy był  w tak strasznym stanie jak ona, gdy nie miał kontroli, gdy nie wiedział co dzieje się z nim samym, a świat zaczynał wirować.
- Nie będę cię słuchać! - warknęła, przesuwając palcami po broni i ją odbezpieczając. - Wisisz mi kupę kasy za prochy, chce je mieć -
- Skąd mam to teraz wziąć? – spytał na wydechu, cofając się kilka kroków. Kathleen przekrzywiła głowę, a jej długie, blond włosy opadły jej z ramion.
- Gówno mnie to obchodzi – powiedziała twardo. – Słyszysz?! GÓWNO!!! Wyskakuj z kasy, kurwa, dawaj ją, no już! – celowała w niego pistoletem, a Jared czuł jak pot cieknie mu po plecach. Bał się, a ona widziała to, choć starał się, żeby nie mogła ujrzeć jego strachu, Nie mógł umrzeć przecież w taki sposób. – Głuchy jesteś?!
- Nic ci nie dam, bo nie mam?! Zastanów się!
- Jay, jesteś taki żałosny, ale teraz interesuje mnie tylko moja kasa – wirowało jej w głowie, dłonie zaczęły robić się nieprzyjemnie lepkie, nogi miękkie i nie wiedziała czy to mieszanka silnych narkotyków czy alkoholu tak na nią działa. Jared widział, jak jej spojrzenie staje się mętne i jak chwilę potem traci przytomność na zapleczach klubu. Ale nie wiedział, że Kathleen tracąc resztki świadomości już postanowiła. Już ułożyła sobie swój plan.

Piosenka do odcinka: Boy Epic - Scars
_____
tytuł: autorstwa Aillie
*- Great Big World- Say something
**- 30STM- Echelon

chciałam to opowiadanie zakończyć jeszcze w tym roku, ale w tym roku brzmi dziwnie w stosunku do mojego tempa pisania, masakra. ale wiem, że ta historia w końcu doczeka się tego cholernego epilogu.
FIKCJA, przypominam. postać Dżarka została wymyślona w 2010r. i od początku zakładałam, że taki będzie jej finał.
xo